sobota, 11 stycznia 2014

Dobre i polskie: Beneficjenci Splendoru


Pod koniec starego roku trafiłem na Onecie na wywiad z zupełnie dla mnie wtedy jeszcze anonimowym Marcinem Staniszewskim, założycielem zespołu Beneficjenci Splendoru. Sam projekt był dla mnie niewiele mniej anonimowy – miałem świadomość istnienia takiego tworu, lecz to wszystko. Lektura owego wywiadu, dotyczącego m.in. wydanego pod koniec października albumu Bóg, honor, Mam talent, okazała się na tyle ciekawa, iż skłoniła mnie do podjęcia kroków w celu poznania Beneficjentów.

I dobrze się stało, że BS poznałem dopiero teraz, tzn. po wydaniu tegoż, trzeciego już w dorobku grupy krążka. Wcześniej moje zdanie byłoby nieco odmienne, na tyle, że mógłbym nawet nie dać sobie szansy na przesłuchanie następnego wydawnictwa. Zarówno Trendywaty chłopiec (2009), jak i Tęczy wybielacz (2011) nie podeszły mi jakoś szczególnie i prócz pojedynczych utworów nie widzę za bardzo powodu, by wracać do tych płyt.

Co innego z najświeższą BHMT. Nie skreślam co prawda poprzednich dokonań Staniszewskiego i jego świty pod kątem ukazania potencjału warszawskiego składu, fakty są jednak takie, że Bóg... to zdecydowanie poziom wyżej. Celne, ironiczne teksty, będące przede wszystkim gorzkim spojrzeniem na Polskę, Polaków oraz rzeczywistość to popis błyskotliwego liryka stroniącego od grafomanii. W dodatku Staniszewski przerwał swoją karierę dziennikarską, skupiając się w pełni na produkcji, co słychać bardzo wyraźnie – warstwa muzyczna z pogranicza avant popu i elektroniki jest dużo bardziej odważna i, co najważniejsze, dopracowana.

Poniżej trzy przykłady do sprawdzenia, a ja czekam na więcej.

Polak mały:


Robinson CMOS:

Simlock:

0 komentarze:

Prześlij komentarz