niedziela, 1 grudnia 2013

Niemożliwe, a jednak: wróciłem z One Love Sound Fest 2013 niezadowolony


Po rocznej przerwie pojechałem znów na One Love, czyli jeden z moich ulubionych festiwali, na który mogę jeździć dla samej atmosfery. O takie podejście jednak coraz mi łatwiej, gdyż ilość słuchanej przeze mnie jamajszczyzny od długiego czasu mieści się w granicach błędu statystycznego. Tak wyszło, no, jednak obecnie mało co kojarzy mi się z tą muzyką tak mocno jak odwiedzenie Hali Stulecia we Wrocławiu w drugiej połowie listopada. Z dotychczasowych trzech takich moich wojaży zawsze wracałem zadowolony, w tym roku zaś już nie – muszę uznać edycję 2013 za najsłabszą, w jakiej było mi dane uczestniczyć.

Nie porwali mnie Raggasonic, średnio porwali Misty In Roots, Masicka był tak słaby i nieudolny, że musiałem opuścić jego show z Equiknoxxem, Beenie Man okazał jakimś śmiesznym nieporozumieniem na tyle, że nie wytrzymałem chyba nawet 15 minut, a jedyne, co zapamiętam, to Congo Natty’ego z Tenorem Fly’em, którzy zrobili lepszą d’n’b-junglową wiksę niż ta, którą tydzień wcześniej miałem okazję przeżyć na drumach podczas imprezy Let It Roll Polska w Zabrzu przez kilka godzin. Na plus muszę zaliczyć też spędzone paręnaście lub więcej minut na The Heatwave (bo był już czas grupowego powrotu do Katowic), ale to niestety wszystko. Nie, na Gentlemanie nie byłem, widziałem go w 2010 r., kiedy moja zajawka na niego minęła bezpowrotnie. To już wszak nie czasy liceum, kiedy był dla mnie bogiem reggae.

Rozczarowanie to niewłaściwe słowo, bliżej mi do mówienia o tegorocznym feście jako o wypadku przy pracy. Mówienie o moim braku czucia klimatu imprezy byłoby tyleż nieprawdziwe, co niezrozumiałe, biorąc pod uwagę fakt, iż nieważne jaka muzyka, no po prostu, kurwa, musi mi się podobać. I CHUJ.

Za rok znowu pojadę, o ile nie będzie tak jak w dwatysiącedwunastym, kiedy nie czułem tej atmosfery festiwalowej, która towarzyszyła mi przez wcześniejsze lata oraz w bieżącym roku. Przez najbliższe 12 miesięcy pewnie nie pokocham nagle reggae, dancehallu i inszych jamajskich dźwięków tak jak kiedyś, ale to One Love. Jeden z moich ulubionych festiwali.

2 komentarze:

  1. congo natty i tenor fly = najlepiej

    OdpowiedzUsuń
  2. No i Spiż!!! Spiż był też pozytywnym momentem. Jechałem głownie na Congo Nattego, dodatkowo na Misty in Roots oraz Raggasonic. Francuzi mnie zawiedli ale brytyjski najazd uważam za udany, szczególnie Junglową rewolucję.

    OdpowiedzUsuń