środa, 14 sierpnia 2013

RELACJA: System Of A Down (Atlas Arena, Łódź, 13.08.2013)

System Of A Down wrócił do Polski po wielkim upokorzeniu sprzed 15 lat, gdy supportując w katowickim Spodku Slayera, został wygwizdany i obrzucony wszelakimi przedmiotami. Tym razem widownia przywitała i traktowała zespół z niejaką czcią, gdyż owacje były tak intensywne i głośne, jakby docelowo skierowane do bogów.

Dla wielu polskich fanów grupy jej przyjazd do Łodzi okazał się wielkim, mistycznym przeżyciem, którego nigdy się nie zapomni. Głównie jednak dlatego, że SOAD to kultowa marka, a i brak koncertów w Polszy od pamiętnego 1998 r. i różne perypetie wewnątrz składu kazały sceptycznie podchodzić do tematu ich występu w naszym kraju, a gdy już się udało – pozwoliły uznać łódzki gig jako może jedyną szansę zobaczenia swoich idoli, wywołać emocjonalne szaleństwo i ułatwić hiperbolizację oceny całego eventu i założenie klapek na oczy przesłaniających wszelkie wady. Bo choć pewne jest to, że impreza się udała i jedynie najwięksi malkontenci mogli być z niej zupełnie niezadowoleni, to do ideału zabrakło wiele.

Przede wszystkim dla Systemu był to koncert do odbębnienia, ot kolejny punkt na ich trasie będący obowiązkiem wynikającym z kontraktu. Muzycy po prostu kończyli jeden numer i zaczynali kolejny, byleby mieć to już za sobą i nie mając ochoty, prócz jednego czy dwóch skromnych wyjątków, wdawać się w interakcje z publiką. Zastrzeżenia trzeba mieć też do nagłośnienia, które choć poprawiło się po kilku pierwszych kawałkach, do końca pozostawiało do życzenia.

"Bo choć pewne jest to, że impreza się udała (...)" – zostańmy na chwilę przy tym. Udała się, gdyż kwartet Tankian-Malakian-Odadjian-Dolmayan po prostu znakomicie wykonał swoją robotę. Odbębnili, jak napisałem w akapicie powyżej, ale rzemieślnikami są profesjonalnymi, przez co 90 minut zmuszającego do aktywizacji ostrego łojenia przeplatanego spokojniejszymi momentami (przede wszystkim Lonely Day i Lost In Hollywood, gdzie zapalniczki i telefony komórkowe poszły w ruch) było mimo wszystko czasem godnym przeżycia i przyjechania do Atlas Areny z każdego zakątka kraju. Przyjemnie obserwowało się też publikę – na płycie oraz w strefie Golden Circle trwało istne szaleństwo, a na sektorach ludzie też bawili się na tyle, na ile mogli, o siedzeniu nie było mowy, wszyscy stali.

Setlista nie okazała się żadnym, absolutnie żadnym zaskoczeniem – nie różniła się NICZYM, nawet kolejnością, od dwóch poprzedzających łódzki koncert. 25 utworów, włączając wszystkie z tych obowiązkowych, to jednak solidna dawka muzyki i zgrzytem nie powinien być fakt, że muzycy nie pokusili się o bis, ale akurat jego brak był oczywisty już przed przyjazdem do stolicy polskiej kinematografii.

Chwała Live Nation za to, że udało im się ściągnąć tak oczekiwanego przez polskich fanów wykonawcę, brawa dla samego Systemu za wybornie zagrane 1,5 godziny, ale już nie za podejście. Moje wrażenia z tego koncertu idealnie pasują do tych z występu Motörheadu: "zapamiętam to wydarzenie, będę je z uśmiechem wspominać, ale nie na tyle, by opowiadać o nim z błyskiem w oczach każdej napotkanej osobie".

Setlista:
1. Aerials, 2. Suite-Pee (fragment), 3. Prison Song, 4. I-E-A-I-A-I-O, 5. Soldier Side – Intro, 6. B.Y.O.B., 7. Deer Dance, 8. Radio/Video, 9. Peephole, 10. Hypnotize, 11. Needles, 12. DDevil, 13. Lost In Hollywood, 14. X, 15. Suggestions, 16. Psycho, 17. Chop Suey!, 18. Lonely Day, 19. Question!, 20. A.D.D., 21. Holy Mountains, 22. Spiders, 23. Cigaro, 24. Toxicity, 25. Sugar

PS Tak, wiem, był support (Hawk Eyes), ale zwyczajnie nie miałem okazji go posłuchać.

4 komentarze:

  1. moje myśli doskonale ujęte w słowa, podpisuję się pod każdym akapitem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. kto rozdawał autografy?

    OdpowiedzUsuń
  3. Shavo i John rozdawali autografy, Daron podobno też, ale tylko przez chwilę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam od Shavo, tak sądzę ;P

    OdpowiedzUsuń