środa, 7 sierpnia 2013

ALBUM: Gospel - Pizdy, blizny, smród bielizny


Gospel, czołowy psychopata na rodzimej rap scenie, jedyny polski MC tak jednoznacznie kojarzący się z nawijaniem o ruchaniu świń, systematycznie i z pierdolnięciem (jak asteroida) wdzierał się do świadomości słuchaczy hip-hopu. Po bardzo udanych i zarazem bardzo lubianych przeze mnie Piskach, zyskach i wytryskach przyszedł czas na drugi mixtape, okraszony tytułem Pizdy, blizny, smród bielizny, który niestety wypadł bladziutko, będąc dramatycznie słabszym od poprzednika.

Gospel po odbiorze swojego pierwszego krążka chyba za bardzo uwierzył w to, że jest geniuszem beki. Jej poziom niebezpiecznie się obniżył, ustępując miejsca pajacowaniu i sileniu się na bycie zabawnym. Przez większość płyty nie czuć jakiegokolwiek pomysłu na tracki, brak tu naturalności i tylu błyskotliwych zwrotek. Pizdy... są w dużej mierze po prostu bezbekowe i przewidywalne.

Tak jak na debiut, tak i na ten mixtape gospodarz przemycił kawałki poważne, lecz tym razem jedynie dwa, a ich poziom jest dość mizerny – MC z Łomianek fatalnie leci na bicie Jamiego xx w Kiedy wstanie świt, co powoduje jego asłuchalność, lepiej już wypada Ostatnie tchnienie, lecz refren psuje tam całość.

Skoro już mówimy o bitach, to nie mogę pochwalić właśnie doboru instrumentali, na których w dodatku Gospel często się gubi, czego sztandarowym przykładem jest wspomniany Jamie xx. Dobrze, że na drugim biegunie mamy jednak świetnie ujarzmienie klasyku Raya Parkera Jra Ghostbusters w Super alfąsie. Uzupełnieniem kradzionych bitów są dwa wyprodukowane, w tym jeden w cudzysłowie, gdyż będący zagraną na akustyku linią melodyczną z Soldata 5’nizzy.

Dodatkowym nieporozumieniem na albumie są przegadane końcówki utworów oraz notoryczne modulowanie głosem. Te dwa elementy to jest coś NAJGORSZEGO i niemiłosiernie irytującego.

Pozytywnie wypadli za to goście. Flint prócz pierwszych sześciu linijek i rymów bujasz się-zamulasz się-uda się-ruchać je i dziecko-dziecko robi bardzo dobre wrażenie, duże brawa należą się Białasowi, a i Kopek (znowu zaliczyłem zgona #nekrofilia) nie zaniża poziomu.

Osoby uważające Gospela za zakałę polskiej sceny hip-hopowej dostały do ręki potężny argument potwierdzający ich tezę. Moje obawy są takie, że po następnym krążku okaże się, iż to nie Pizdy, blizny, smród bielizny były słabym wydawnictwem, lecz że przedstawiciel Młodych Wilków Popkillera po prostu skończył się po pierwszej płycie i że był tylko sezonowym strzałem. Po pierwszych kilku odsłuchach dałbym Pizdom... 4/10, po parudziesięciu mogę się nawet pokusić o te 5/10 (bo mimo wszystko znajdą się tu bardzo dobre utwory), ale co z tego, skoro i tak potencjał rapera (bo o potencjale w jego przypadku mimo wszystko trzeba mówić) i efekt finalny dzieli przepaść.

6 komentarzy:

  1. Pierdolisz Pan głupoty. Pizdy, blizny, smród bielizny to dobra płyta. Skończyłeś to się Ty po drugim zdaniu. Gospel nie przejmuj się opinią kretynów.

    OdpowiedzUsuń
  2. I HYYC O PODŁOGĘ ! autorowi tego tekstu ! Ku*wa BĘC!

    OdpowiedzUsuń
  3. hejty to propsy a propsy to hejty!
    także tego celem jego było zbierać baty i robić z krążka na krążek coś gorszego od poprzedniego, więc kolego....

    kocham jego przegadane końcówki utworów oraz notoryczne modulowanie głosem

    lubie placki

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety zgadzam się z autorem tekstu... Piski dużo ciekawsze no i był to w pewien sposób powiew świeżości, po paru odsłuchach niestety jestem także zawiedziony :(

    OdpowiedzUsuń
  5. weźcie, kurwa.
    Pizdy... są tragiczne. Poprzedni mixtape coś wnosił, był śmiszny i błyskotliwy momentami.
    A to... to jest po prostu suchar. nie mniej i nie więcej. suchar. Gospel osiągnął swoje - granicę cierpliwości i tolerancji polskich bekowych rapsów.

    OdpowiedzUsuń