piątek, 23 sierpnia 2013

CO PRZEDE MNĄ: Tauron Nowa Muzyka Festival 2013 (Dolina Trzech Stawów, Katowice, 23-24.08.2013)

Ostatnie dni niestety sprzyjają przerwom w dostawie nowych wpisów. No bo ani się obejrzałem, a tu już piątek i Nowa Muzyka, do której całkiem niedawno miałem przecież jeszcze tyle czasu.

Festiwal ruszył co prawda wczoraj (koncert otwarcia w wykonaniu Vladislava Delaya i BadBadNotGood), ale była to jedynie skromna przekąska przed właściwymi daniami przypadającymi na dziś i jutro. Wyczuwam długi dwudniowy maraton z małą liczbą przerw na uzupełnienie płynów i z możliwym finiszem dopiero w okolicach piątej. Jest to być może pewne wyzwanie, lecz dzieje się zbyt dużo dobrego, by odpuszczać.

Dziś w programie widzę tylko jedną możliwą dłuższą przerwę (między północą a pierwszą, gdyż Jets i Thundercata mogę sobie raczej spokojnie odpuścić, zbierając siły na Amona Tobina i jego Two Fingers), jutro już żadnej. Oznacza to niechybnie, iż po dzisiejszych występach wskazane jest, abym się wyspał (dziś spałem jedynie 3 godziny) i zregenerował.

Dziś już zdążyły odpaść koncerty Mmots i Adriana Sherwooda (w zastępstwie odpowiednio bliżej nieznane mi coś o nazwie Positive Centre oraz Distance), więc Auer o 19:00 to dobry czas na start.

PS Dalej sobie nie potrafię wyobrazić, jak ta impreza może mieć klimat w Dolinie Trzech Stawów. Teren byłej KWK "Katowice" - to byli czasy!

niedziela, 18 sierpnia 2013

Trzy polskie utwory hip-hopowe, które katowałem w minionym tygodniu bez opamiętania


Bez cienia przesady. Top3 kończącego się tygodnia w ogóle, a nie jeśli chodzi o tenże gatunek. Cała trójka to muzyka mało radosna, lecz na szczęście niebędąca odzwierciedleniem nastroju podczas tych siedmiu dni.

Cira - Polska ulewa
Numer 1 z tego zestawu. Dobitny i bezkompromisowy – w dużym cudzysłowie – diss na Polskę, położony na wyprodukowanym przez KPSN pięknym bicie z kapitalnym samplem z piosenki Anny Jantar. Sam raper zaś to postać, na którą należy zwrócić uwagę, o czym trzeba ludzi uświadamiać, bo fejm Cirsonowi jeszcze się nie zgadza. A powinien.


VNM - Obiecaj mi (feat. Tomson)
Do VNM-a w stu procentach nie przekonam się chyba nigdy. Co prawda moja tolerancja w stosunku do niego się w miarę systematycznie zwiększa, gdyż coraz częściej potrafi mnie czymś zaskoczyć in plus, ale na tym się póki co kończy i wątpliwe, bym całościowo potrafił o nim mówić z wypiekami na twarzy.

Jednym z takich zaskoczeń jest wrzucony parę dni temu track Obiecaj mi. Gdyby wyrzucić z refrenu Tomsona, gdyby wyrzucić z tekstu zwrotki sugerujące zajmowanie pozycji ponad polską rap sceną (co za nieśmieszny żart), gdyby pominąć oczywisty fakt, że V wciąż krzywo wchodzi w bity, ale do czego przynajmniej już się świat przyzwyczaił, to byłoby prawie celująco, a tak jest tylko +dobrze/–bardzo dobrze. Swoją drogą bit wysmażony przez SoDrumatica aż prosi się o aplauz.


Junes - To-nie-tak
Również świeżynka. Emo Smutny rap na smutnym bicie autorstwa Kes-y, a zarazem zapowiedź albumu Nie-EP, który pewnie cały będzie w takim klimacie, a jako że rap Junesa wchodzi mi coraz lepiej, więc ogłaszam czekanko.

środa, 14 sierpnia 2013

RELACJA: System Of A Down (Atlas Arena, Łódź, 13.08.2013)

System Of A Down wrócił do Polski po wielkim upokorzeniu sprzed 15 lat, gdy supportując w katowickim Spodku Slayera, został wygwizdany i obrzucony wszelakimi przedmiotami. Tym razem widownia przywitała i traktowała zespół z niejaką czcią, gdyż owacje były tak intensywne i głośne, jakby docelowo skierowane do bogów.

Dla wielu polskich fanów grupy jej przyjazd do Łodzi okazał się wielkim, mistycznym przeżyciem, którego nigdy się nie zapomni. Głównie jednak dlatego, że SOAD to kultowa marka, a i brak koncertów w Polszy od pamiętnego 1998 r. i różne perypetie wewnątrz składu kazały sceptycznie podchodzić do tematu ich występu w naszym kraju, a gdy już się udało – pozwoliły uznać łódzki gig jako może jedyną szansę zobaczenia swoich idoli, wywołać emocjonalne szaleństwo i ułatwić hiperbolizację oceny całego eventu i założenie klapek na oczy przesłaniających wszelkie wady. Bo choć pewne jest to, że impreza się udała i jedynie najwięksi malkontenci mogli być z niej zupełnie niezadowoleni, to do ideału zabrakło wiele.

Przede wszystkim dla Systemu był to koncert do odbębnienia, ot kolejny punkt na ich trasie będący obowiązkiem wynikającym z kontraktu. Muzycy po prostu kończyli jeden numer i zaczynali kolejny, byleby mieć to już za sobą i nie mając ochoty, prócz jednego czy dwóch skromnych wyjątków, wdawać się w interakcje z publiką. Zastrzeżenia trzeba mieć też do nagłośnienia, które choć poprawiło się po kilku pierwszych kawałkach, do końca pozostawiało do życzenia.

"Bo choć pewne jest to, że impreza się udała (...)" – zostańmy na chwilę przy tym. Udała się, gdyż kwartet Tankian-Malakian-Odadjian-Dolmayan po prostu znakomicie wykonał swoją robotę. Odbębnili, jak napisałem w akapicie powyżej, ale rzemieślnikami są profesjonalnymi, przez co 90 minut zmuszającego do aktywizacji ostrego łojenia przeplatanego spokojniejszymi momentami (przede wszystkim Lonely Day i Lost In Hollywood, gdzie zapalniczki i telefony komórkowe poszły w ruch) było mimo wszystko czasem godnym przeżycia i przyjechania do Atlas Areny z każdego zakątka kraju. Przyjemnie obserwowało się też publikę – na płycie oraz w strefie Golden Circle trwało istne szaleństwo, a na sektorach ludzie też bawili się na tyle, na ile mogli, o siedzeniu nie było mowy, wszyscy stali.

Setlista nie okazała się żadnym, absolutnie żadnym zaskoczeniem – nie różniła się NICZYM, nawet kolejnością, od dwóch poprzedzających łódzki koncert. 25 utworów, włączając wszystkie z tych obowiązkowych, to jednak solidna dawka muzyki i zgrzytem nie powinien być fakt, że muzycy nie pokusili się o bis, ale akurat jego brak był oczywisty już przed przyjazdem do stolicy polskiej kinematografii.

Chwała Live Nation za to, że udało im się ściągnąć tak oczekiwanego przez polskich fanów wykonawcę, brawa dla samego Systemu za wybornie zagrane 1,5 godziny, ale już nie za podejście. Moje wrażenia z tego koncertu idealnie pasują do tych z występu Motörheadu: "zapamiętam to wydarzenie, będę je z uśmiechem wspominać, ale nie na tyle, by opowiadać o nim z błyskiem w oczach każdej napotkanej osobie".

Setlista:
1. Aerials, 2. Suite-Pee (fragment), 3. Prison Song, 4. I-E-A-I-A-I-O, 5. Soldier Side – Intro, 6. B.Y.O.B., 7. Deer Dance, 8. Radio/Video, 9. Peephole, 10. Hypnotize, 11. Needles, 12. DDevil, 13. Lost In Hollywood, 14. X, 15. Suggestions, 16. Psycho, 17. Chop Suey!, 18. Lonely Day, 19. Question!, 20. A.D.D., 21. Holy Mountains, 22. Spiders, 23. Cigaro, 24. Toxicity, 25. Sugar

PS Tak, wiem, był support (Hawk Eyes), ale zwyczajnie nie miałem okazji go posłuchać.

wtorek, 13 sierpnia 2013

CO PRZEDE MNĄ: System Of A Down (Atlas Arena, Łódź, 13.08.2013)


Dwa dni po wielkim dla mnie koncertowym wydarzeniu (Florence + The Machine) czas na kolejne, a zarazem największe w tym roku.

System Of A Down. Zespół, którego poznanie w 2001 r. było pewnym przełomem w moim życiu. Zespół, dzięki któremu coraz śmielej zacząłem sięgać po cięższą muzykę. Zespół, który bardzo lubię po dzień dziś, choć od kilku lat słucham tyle co nic, oraz darzę sentymentem, który pozostanie na zawsze.

Szczerze wątpiłem, że taki moment nadejdzie. Nie wierzyłem, że Serj Tankian i reszta uciągną skład na tyle skutecznie, by po długiej przerwie w graniu (2006-2011) zdążyć trafić na koncert do Polski. Jak to dobrze, że okazało się inaczej.

Setlist.fm podpowiada, że SOAD może zagrać nawet prawie 30 utworów, co dałoby mniej więcej 2 godziny występu. Nie miałbym absolutnie nic przeciwko.

sobota, 10 sierpnia 2013

CO PRZEDE MNĄ: Coke Live Music Festival 2013 - dzień drugi (Lotnisko - Muzeum Lotnictwa, Kraków, 10.08.2013)



Wszystko właściwie zawarłem już w tym poście, w którym napisałem:
Parę dni temu przeliczyłem jednak swoje fundusze, przez co czarno na białym wyszło, że wybierając się na Audioriver i mając trochę innych koniecznych wydatków (w tym m.in. Woodstock), mój budżet nie udźwignie uczestnictwa w Coke Live Music Festivalu. Ten zaś był dla mnie priorytetem z powodu koncertu Florence + The Machine, który jest dla mnie wart więcej niż cały Audioriver i nie wyobrażałem sobie, żebym mógł przepuścić taką okazję. Zobaczenie Florence na żywo było od dawna w ścisłej czołówce moich koncertowych marzeń, które niespełnione, a będące na wyciągnięcie ręki, mogłoby mi się odbić długą i nieprzyjemną czkawką.

Ominięcie całej audioriverowej rzeszy wykonawców (na czele z Rudimentalem) jestem jakoś w stanie przeżyć, gdy uświadomię sobie, co wybrałem w zamian, nie mówiąc już o tym, że nawet nie przypuszczałem, iż przyjdzie mi zobaczyć LEGEN-KURWA-DALNY Wu-Tang Clan (i nieważne, że mamy rok 2013, a nie lata 90. ubiegłego stulecia), a i trudno mi nie cieszyć się również z powodu Katy B, na której występ w Polsce mocno liczyłem.
Ten dzień nadszedł niespodziewanie szybko. Pozostaje mi tylko wyjść z domu na autobus, dotrzeć na miejsce i chłonąć emocje. Już za nieco ponad 3 godziny.

piątek, 9 sierpnia 2013

ALBUM: Plusk - Plusk


Gdy w pierwszym tygodniu maja ubiegłego roku znalazłem się w INQbatorze na imprezie Resonance!™ v9, trafiłem na koncert projektu Plusk. Pamiętam, że stałem wtedy niczym zahipnotyzowany, zaś następnego dnia z samego rana zamówiłem krążek, a rozpakowałem z folii i wrzuciłem do odtwarzacza dopiero 2 dni temu. Mogę sobie, psia mać, pluć w brodę, że zajęło mi to tyle czasu.

Plusk to jednoosobowy twór Krzysztofa Golińskiego aka Radicalla, który pod tym pseudonimem do 2011 r. pochłonięty był tworzeniem drum’n’bassu. Nowy szyld to zmiana stylistyki, gdyż, jak przyznał sam producent, potrzebował nowego kierunku rozwoju z powodu wrażenia wyczerpywania się jego pomysłów na d'n'b.

Wraz z tą decyzją przyszła konkretna, spójna wizja. Wizja dojrzałej, emocjonalnej, zmysłowej i urzekającej (!) elektroniki wydanej w postaci Plusku. Kompozycje melodyjne i dopracowane w każdym calu, w których słychać jeszcze drumowe naleciałości, ale też szczyptę IDM-u i downtempa, a całość dopieszczają damskie wokale.

Dawno żaden album z muzyką elektroniczną nie zostawił takiego śladu w mojej głowie. Trencztown poleca i zachęca do przesłuchania.

środa, 7 sierpnia 2013

ALBUM: Gospel - Pizdy, blizny, smród bielizny


Gospel, czołowy psychopata na rodzimej rap scenie, jedyny polski MC tak jednoznacznie kojarzący się z nawijaniem o ruchaniu świń, systematycznie i z pierdolnięciem (jak asteroida) wdzierał się do świadomości słuchaczy hip-hopu. Po bardzo udanych i zarazem bardzo lubianych przeze mnie Piskach, zyskach i wytryskach przyszedł czas na drugi mixtape, okraszony tytułem Pizdy, blizny, smród bielizny, który niestety wypadł bladziutko, będąc dramatycznie słabszym od poprzednika.

Gospel po odbiorze swojego pierwszego krążka chyba za bardzo uwierzył w to, że jest geniuszem beki. Jej poziom niebezpiecznie się obniżył, ustępując miejsca pajacowaniu i sileniu się na bycie zabawnym. Przez większość płyty nie czuć jakiegokolwiek pomysłu na tracki, brak tu naturalności i tylu błyskotliwych zwrotek. Pizdy... są w dużej mierze po prostu bezbekowe i przewidywalne.

Tak jak na debiut, tak i na ten mixtape gospodarz przemycił kawałki poważne, lecz tym razem jedynie dwa, a ich poziom jest dość mizerny – MC z Łomianek fatalnie leci na bicie Jamiego xx w Kiedy wstanie świt, co powoduje jego asłuchalność, lepiej już wypada Ostatnie tchnienie, lecz refren psuje tam całość.

Skoro już mówimy o bitach, to nie mogę pochwalić właśnie doboru instrumentali, na których w dodatku Gospel często się gubi, czego sztandarowym przykładem jest wspomniany Jamie xx. Dobrze, że na drugim biegunie mamy jednak świetnie ujarzmienie klasyku Raya Parkera Jra Ghostbusters w Super alfąsie. Uzupełnieniem kradzionych bitów są dwa wyprodukowane, w tym jeden w cudzysłowie, gdyż będący zagraną na akustyku linią melodyczną z Soldata 5’nizzy.

Dodatkowym nieporozumieniem na albumie są przegadane końcówki utworów oraz notoryczne modulowanie głosem. Te dwa elementy to jest coś NAJGORSZEGO i niemiłosiernie irytującego.

Pozytywnie wypadli za to goście. Flint prócz pierwszych sześciu linijek i rymów bujasz się-zamulasz się-uda się-ruchać je i dziecko-dziecko robi bardzo dobre wrażenie, duże brawa należą się Białasowi, a i Kopek (znowu zaliczyłem zgona #nekrofilia) nie zaniża poziomu.

Osoby uważające Gospela za zakałę polskiej sceny hip-hopowej dostały do ręki potężny argument potwierdzający ich tezę. Moje obawy są takie, że po następnym krążku okaże się, iż to nie Pizdy, blizny, smród bielizny były słabym wydawnictwem, lecz że przedstawiciel Młodych Wilków Popkillera po prostu skończył się po pierwszej płycie i że był tylko sezonowym strzałem. Po pierwszych kilku odsłuchach dałbym Pizdom... 4/10, po parudziesięciu mogę się nawet pokusić o te 5/10 (bo mimo wszystko znajdą się tu bardzo dobre utwory), ale co z tego, skoro i tak potencjał rapera (bo o potencjale w jego przypadku mimo wszystko trzeba mówić) i efekt finalny dzieli przepaść.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

'Biba!' Natural Dread Killaz okazała się samplowana - jest znajd!


Znów trafił mi się sampel, tym razem jednak w czymś nieporównywalnie bardziej znanym. No i bez większej historii – chciałżem po prostu posłuchać winyla Włodzimierza Wysockiego.

Przekopałem internet w poszukiwaniu tego znajdu, ale wyszło na to, że nikt się nim jeszcze nie podzielił, ewentualnie nikt nie wykopał.

Charakterystycznej nuty z Biby! nie trzeba szukać – jest zaraz na początku utworu Rosjanina.

Natural Dread Killaz Biba!

Włodzimierz Wysocki (Vladimir Vysotsky) (Владимир Высоцкий) We Turn The Earth (Мы вращаем Землю)

piątek, 2 sierpnia 2013

Odkryć sampel i nie móc zasnąć - rzecz zupełnie normalna, czyli SAMPLE: Międzymiastowa vs. Tadeusz Nalepa


Historia swój początek ma w podjęciu przez znajomego decyzji, że robi porządki w swoich winylach i wyprzedaje ich część. Na te słowa wytężyłem słuch, a po chwili pośpieszyłem z pomocą.
– Tej nie potrzebuję...
– Odłóż.
– ...tej i tej też nie...
– Tę odłóż. Tamtej nie wezmę nawet za darmo i pod groźbą kary cielesnej.
Uzbierało się ponad 20 interesujących mnie placków.
– Te trzy SBB i trzy Maanamu wezmę od razu, a resztę też mi możesz dać, to przesłucham w domu i może coś jeszcze wybiorę.
Ledwo dopiąłem plecak. Daleko mu było do lekkiego.

Akcja ta miała miejsce we wtorek, dzisiejszej nocy zaś skończyłem przesłuchiwanie całego zestawu. Jako jedna z ostatnich płyt znalazł się pod igłą Sen szaleńca zmarłego przed ponad sześcioma laty Tadeusza Nalepy.

Strona B, utwór trzeci. Źródło sampla, które chciałem poznać od stycznia 2010 r.

Gdy usłyszałem ten utwór (swoją drogą genialny), byłem tak szczęśliwy i podniecony tym odkryciem, że – słowo daję – z wrażenia nie potrafiłem zasnąć. Czy tylko ja tak, do cholery, mam?

Międzymiastowa Wizja granitowych miast:

Tadeusz Nalepa Musisz kłamstwem karmić ich:

PS Płytę oczywiście wezmę ;)

czwartek, 1 sierpnia 2013

Woodstock w tym roku jednak też nie dla mnie


Tegoroczny Audioriver musiałem sobie odpuścić. Podobny los spotkał mój wyjazd na rozpoczynający się oficjalnie dzisiaj Przystanek Woodstock, lecz tym razem zaważyły sprawy zawodowe, a dokładniej praca nad ważnym projektem, którego nie mógłbym zostawić na te kilka dni.

Enter Shikari, Leningrad, Atari Teenage Riot, Emir Kusturica & The No Smoking Orchestra, Kiril Dzajkovski, Third World, Anthrax, Ugly Kid Joe, Danko Jones, Kaiser Chiefs – to nieprzypadkowa kolejność 10 najbardziej oczekiwanych przeze mnie koncertów z kostrzyńskiego line-upu. Ból w tym przypadku jest nieporównywalnie większy od tego związanego z Audioriverem, ale i tak wyjątkowo łagodny, gdyż, o dziwo, przez ostatni tydzień moja motywacja do wyjazdu i uczestnictwa w festiwalu brudem i błotem płynącym nagle zaczęła spadać. Dlaczego? Dobre pytanie, jednakże nie znam na nie odpowiedzi i się jej nie domyślam, a kryzys osobowościowy i ten związany z niedawnym stuknięciem ćwierćwiecza w metryce wykluczyłem na wstępie.

Dobrze chociaż, że Owsiaknet.pl nadaje transmisję live z Przystanku, dzięki czemu w miarę możliwości obejrzę wszystkie interesujące mnie występy. Przy zapoznawaniu się z rozpiską musiała mnie jednak krew zalać, bo Owsiak i spółka nie przewidzieli streamu z koncertu Enter Shikari. WIELKIE, KURWA, DZIĘKI.