środa, 5 czerwca 2013

Tylko cztery koncerty, za to bez zastrzeżeń, czyli dzień drugi i trzeci Ursynaliów 2013 trencztownowym okiem

Pierwszy dzień mojego pobytu na Ursynaliach był dość intensywny. Bardziej niż drugi i trzeci razem wzięte, jak się okazało. Po części nie miałem innego wyboru, po części sam tego chciałem.

DZIEŃ DRUGI

Sobotę zacząłem od Parkway Drive, tym razem bez spóźnienia. Te groziłoby pluciem sobie w brodę, bo minusów tegoż występu nie dostrzegłem, to była szalona godzina. Co trzeba dodać - przy idealnym wręcz nagłośnieniu (o jakie prosiło się w piątek). Frontman wyglądał na zachwyconego graniem w tym miejscu oraz reakcją publiczności, publiczność zaś wyglądała na zachwyconą graniem PD w tym miejscu oraz reakcją zespołu. Czy jakoś tak. W każdym razie symbioza została zachowana.

Po występie Australijczyków wróciłem, w zamierzeniu na na chwilę, do "domu", żeby potem przyjechać z powrotem na kilka kolejnych koncertów. No bo ani HIM, ani 3 Doors Down nawet jako ciekawostki i wykorzystanie sytuacji, że mam karnet, nie były dla mnie przekonywające, wolałem swój czas poświęcić jednak w zaciszu na innych sprawach.

Miałem wrócić na Jelonka i Gentlemana, jednak po przeczytaniu informacji, że nazajutrz nie zagrają Five Finger Death Punch oraz Anti Tank Nun, poczułem demotywację na tyle, iż stwierdziłem: pierdolę, zostaję, muszę jakoś psychicznie odpocząć od tego ursynaliowego zgiełku. Teraz nie jestem pewien, czy to był dobry pomysł, ale trudno, świat się przecież nie zawalił.

Zresztą nie musiał się zawalić – Jelonka widziałem już ze 3 lub 4 razy i mimo że jest być może moim ulubionym polskim artystą, to kolejne uczestnictwo nie widniało w mych priorytetach, Gentlemana zaś też miałem okazję widzieć; będąc w liceum, pewnie bym się dał pokroić za jego koncert, teraz to już jednak nie to samo.

DZIEŃ TRZECI

Niedzielę już lepiej wykorzystałem, zresztą była ona dla mnie bez porównania dużo bardziej atrakcyjna, choć patrząc na bardzo niską, lecz ani trochę nie zaskakującą frekwencji, znalazłem się pod tym względem w mniejszości.

Trzy koncerty, trzy udane.

Mama Selita na początek. Kapela z serii tych "zawsze spoko", i studyjnie, i na żywo, więc słusznie mogli się podobać. Nowe utwory wydają się całkiem niezłe, co dobrze rokuje w kwestii kolejnego wydawnictwa Mamy.

Royal Republic zaraz później. Najlepszość. Mój bezapelacyjny numer 1 tegorocznych Ursynaliów, przykład idealnego koncertu rockowego. Więcej o tym napiszę w osobnej notce, która już powstała, ale wrzucę ją najwcześniej za miesiąc.

Friction na zakończenie. No właśnie, Friction. Nazwa ta była mi dość dobrze znana, ale – nie wiedzieć czemu – na początku chyba w podświadomości założyłem, że to nie TEN Friction, tylko pewnie jakaś polska kapela rockowa lub metalowa, nie sprawdzając nawet słuszności moich przypuszczeń. Dopiero jak przepisywałem niedzielny line-up na kartkę, to zaświtała mi myśl, żeby rzucić okiem na opis wykonawcy. A jednak! Najprawdziwszy drumowy Friction. Ów DJ zacząć miał o 22:30, lecz gdy minęła 22:20, a na scenie wciąż znajdowała się Katy Carr ze swoim zespołem, zacząłem mieć złe przeczucia. Mijały kolejne minuty, a ja miałem coraz większe wątpliwości, czy producent z Brighton w ogóle przyleciał do stolicy. Obawy okazały się jednak niepotrzebne (choć uzasadnione), bo wkrótce zakończył się trwający po czasie koncert i podana została informacja o kwadransie oczekiwania na rozstawienie sprzętu. Kamień z serca.
W szczytowym momencie oczekiwania na set naliczyłem pod sceną i w jej okolicach paręnaście osób, dopiero później ich liczba wzrosła, ale nieprzesadnie. Ci, co się zdecydowali, nie mieli jednak czego żałować. Porównując do piątkowego setu Pendulum, trudno mi stwierdzić wyższość jednego nad drugim, były one zgoła odmienne (Friction nastawiony prawie wyłącznie na drumy, Pendulum z wieloma wycieczkami w inne rejony), ale oba nie zawiodły, to pewne.

O części organizacyjnej tego warszawskiego festiwalu powiedziane i napisane zostało już wystarczająco dużo, zatem o niej już ani słowa w podsumowaniu. Od momentu rozpoczęcia pisania tego tekstu zastanawiałem się nad odpowiedzią na pytanie, czy warto było brać udział w tym wydarzeniu. Gdy piszę  ostatni akapit, to bliższy jestem zdania, że mimo wszystko tak. Duża w tym zasługa współfestiwalowiczów, którzy stworzyli sprzyjającą atmosferę. Dobrze się tam czułem, po prostu.

0 komentarze:

Prześlij komentarz