niedziela, 2 czerwca 2013

Koncerty, sety, ale przede wszystkim köncert, czyli dzień pierwszy Ursynaliów 2013 trencztownowym okiem

Od rana w głowie miałem tylko jedno hasło: Motörhead. Zapominając o wszystkim, co złe i związane z tą imprezą, czekałem. Będąc już w Warszawie, musiałem się jeszcze tylko zdrzemnąć przed wyjściem na autobus prowadzący na Ursynalia, co wyszło mi aż nadto, bo zaspałem i zdążyłem dopiero na Soilwork. Nie znałem ich wcześniej w ogóle, ale bardzo dobrze, że poznałem, bo urzekli mnie od początku do końca. Obowiązkowo do sprawdzenia w wersji studyjnej.

Urzekła mnie także pogoda. Obawiałem się jej, bo katowicki czwartek był aż do przesady deszczowy, wychodząc z domu w piątek przed 6:00 nie było dużo lepiej. Warszawa zaś przywitała mnie lekkimi opadami, by potem dać coraz więcej słońca i temperatury. Ok.

Po Soilwork miałem czas na rozejrzenie się po terenie festiwalu, bo Hunter mający wejść zaraz po Szwedach to mnie akurat nie interesował. Po kilku minutach mierzenia wzrokiem wszystkich namiotów, budek i innych punktów trafiłem na miniscenę Red Bulla i usiadłem na ławce niedaleko, pisząc część tego tekstu. To wydawało się najrozsądniejsza opcja, bo nie dość, że na scenie otwartej nie działo się nic dla mnie interesującego, to w dodatku Red Bull stage oferował bardzo dobrą zabawę - znane, taneczne kawałki oraz mash-upy i remiksy tworzone na żywo za pomocą samplera czy bębnów.

Czasem trzeba jednak się ruszyć z miejsca, miast bezczynnie siedzieć, więc niejako z oporami poszedłem na tego Huntera. Nie zmieniłem swojej opinii – nic to szczególnego. Skrzypiec Jelonka nie było słychać prawie w ogóle, gdy grało całe instrumentarium, 30-osobowy (ponoć) chórek może i był efektowny, ale czy na pewno niezbędny dla widowiska? Poza tym w wielu momentach kłaniało się nagłośnienie dalekie od oczekiwanego, bo głównie słyszałem darcie ryja wokalisty, a słów nie bardzo. Wyszedłem przed bisem.

Kierunek na Open stage wydawał się naturalny, biorąc pod uwagę fakt, że Poparzeni Kawą Trzy to bardzo ciekawy twór, na żywo tylko potęgujący takie wrażenie, co udało im się zresztą potwierdzić. Dodatkowy plus za cover All That She Wants Ace Of Base.

Po 25 minutach się stamtąd zwinąłem, by zahaczyć jeszcze o The Sixpounder na scenie głównej, ale po raz kolejny zatrzymał mnie Red Bull stage i remiksy, przez co na wrocławskiej kapeli udało mi się być jedynie przez parę minut. Inna sprawa, że wcześnie skończyli (ok. 21:25, co, jeśli się nie mylę, dało jakieś 25-30 minut koncertu).

Po nich konferansjerzyna próbował zabawić publikę przed występem największej gwiazdy Ursynaliów. Za żart o skandowaniu nazwy ZZ Top powinien spłonąć w mękach, ale tekst „Za pół godziny wejdzie tu Motörhead. Jesteście gotowi na disco? Jesteście gotowi na polo?” już mu wyszedł. Tzn. mnie rozbawił, ale innym, z tego co zaobserwowałem, już niekoniecznie przypadł do gustu.

Nastrój oczekiwania dało się wyczuć nawet bez szczególnego skupienia, rozmowy wokół toczyły się właściwie tylko na jeden temat, ludzie się systematycznie zbierali, wypełniając każdą wolną przestrzeń, a czas dramatycznie się dłużył.

Pierwsze chwile köncertu dały mi do zrozumienia dwie rzeczy: ta niesamowita werwa w głosie Lemmy’ego odeszła w niebyt, a w dodatku jego wokal brzmi zdecydowanie za cicho w stosunku do instrumentów, co może trochę spieprzyć całość. Niestety oba zgrzyty utrzymały się już do końca. Sam koncert był jednak wspaniały, bo wspaniale było móc zobaczyć tę kapelę. Może i brakowało wspomnianej energii w wokalu (z drugiej strony – to cud, że w ogóle Lemmy chodzi jeszcze po tym świecie), ale na pewno nie zabrakło jej w warstwie brzmieniowej. Godzina porządnego rock’n’rolla, okraszonego dodatkowo kilkuminutowymi solówkami obu kompanów Kilmistera. Zapamiętam to wydarzenie, będę je z uśmiechem wspominać, ale nie na tyle, by opowiadać o nim z błyskiem w oczach każdej napotkanej osobie. A szkoda.

Późniejszy czas upływał pod znakiem beznadziejnej pogody. Padało coraz mocniej, co ułamek ziemi robiło się bagno. Mogłem iść na Luxtorpedę, ale sobie odpuściłem, jakoś nie miałem motywacji, a i niczego nowego bym nie przeżył. Inaczej w przypadku Bullet For My Valentine - nie słyszałem ich nigdy wcześniej, więc żem poszedł zobaczyć, co w trawie piszczy. Co prawda zaliczyłem ich cały koncert, ale nie było to żadne mistyczne przeżycie. Podczas dwóch czy może trzech kawałków energicznie ruszałem głową, a poza tymi wyjątkami nie zbierało się we mnie na tyle emocji, by musieć wykazywać trochę więcej życia niż przy prawie nieruchomym staniu w miejscu.

Miałem nawet myśl, czy by dla beki nie pójść choć na chwilę na Enej, na szczęście jednak szybko się opamiętałem, udając się na spoczynek aż do DJ setu Pendulum. Ten był miłym zakończeniem pierwszego dnia Ursynaliów, który był, muszę przyznać, co najmniej przyzwoity i udany.

Kontynuacja w jutrzejszej notce, nie regulujcie odbiorników.

0 komentarze:

Prześlij komentarz