sobota, 29 czerwca 2013

Mamy dopiero półmetek roku, a ja już prawdopodobnie wiem, który bit będzie moim ulubionym w 2013


No, półmetek bez jednego dnia.


Osiem liter: Soulpete, rapaddiksowy nadworny bitmajster. Dobrze się spisał, jeśli chodzi o produkcję EP-ki Nie uciekniesz, z której pochodzi ten instrumental, trzeba przyznać, że spod jego ręki wyszedł nawet większy sztos (bit do tytułowego numeru), lecz to psychodelia i niepokój w To znowu Rap Addix zawładnęły mną bez reszty, przez co teza postawiona w temacie wpisu nie jest bezzasadna.

Oczywiście nie zamykam drogi żadnemu innemu bitowi do przejęcia pałeczki, gdyż przez najbliższe 6 miesięcy wiele się może zmienić – konkurencja nie śpi.

Cały kawałek:

środa, 26 czerwca 2013

W końcu trafiłem na polskie gorące disco, które tak bardzo pragnąłem znaleźć


Dwa miesiące temu wrzuciłem na bloga mix Galusa skrojony z fragmentów polskich utworów z lat 60.-80. wydanych na winylach Polskich Nagrań Muza i Pronitu. Żałowałem i żałuję dalej, że nie ma tracklisty, bo poznałbym co najmniej kilka numerów, których wycinki mnie intrygują, a najbardziej to chyba gorące disco w 22:29.


Zagadka się wyjaśniła. Wszystko dzięki temu, że wczorajszego wieczora miałem ochotę posłuchać pewnego nagrania.


KLASYK, WIADOMO.

Co się działo w mojej głowie, gdy usłyszałem tak pożądany utwór, być może niektórzy będą sobie w stanie wyobrazić. Dziwi, a zarazem martwi mnie jednak pewna rzecz – w lutym słuchałem tej piosenki wiele, wiele razy i mimo to nie zapamiętałem jej intra. Co więcej, w chwili usłyszenia go w galusowym miksie nie miałem nawet myśli "zaraz, zaraz, przecież skądś to znam". Cóż, nie ma co się dłużej nad tym rozwodzić, kiedy finał okazał się tak szczęśliwy.

Swoją drogą Nic nie może wiecznie trwać spokojnie mogę nazwać jednym z najlepszych utworów w historii polskiej muzyki rozrywkowej. I mam nadzieję, że akurat on będzie trwać wiecznie.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

The Qemists zapowiadają nowy album najlepiej, jak tylko można, czyli WARTO: The Qemists - Change The Way I Feel


Może już nie ciepły, bo sprzed tygodnia, ale jeszcze świeży. O ile jedno z drugim się nie wyklucza. Chyba nie. A zresztą nieistotne.

Wspomniany tydzień upłynął od ukazania światu nowego utworu The Qemists. Tak, tego zespołu, który znalazł się u mnie na 2. miejscu w rankingu najlepszych wykonawców poznanych w 2012 r. To zresztą właściwie też nieistotne.

Kawałek promuje nadchodzące wydawnictwo. Pierwsza wzmianka o nim pojawiła się 10 maja zeszłego roku. Dwa tygodnie później udostępniona została nowa wersja (oznaczona roboczo jako 2.7) pochodzącego z soundtracku do gry F1 2011 utworu Tropicana, który rzekomo również ma pojawić się na albumie. Dziś Tropicany nie ma już jednak na Soundcloudzie zespołu, i na tym zamykał się dotychczasowy stan wiedzy o nowym albumie. Zresztą... nieistotne. Do rzeczy.

Mamy 24 czerwca i tydzień od premiery Change The Way I Feel. Chemicy tym trackiem zapowiadają nowy krążek najlepiej, jak tylko można. Na tyle, że daję temu pieprzone 10/10, nie mniej, i dziś chyba po raz kolejny sobie to zapętlę. Wy też możecie, pomoże wam w tym download w prawym rogu poniższego widgetu.

niedziela, 23 czerwca 2013

RELACJA: Dwa Sławy (Żaczek, Kraków, 21.06.2013)

Nie nastawiałem się na pisanie relacji z tego eventu, ale działo się trochę więcej i lepiej niż przypuszczałem. Nastawiałem się za to radosny wieczór, co już udało się w stu procentach. Przy okazji po raz kolejny dało o sobie znać moje wyczucie czasu, bo przyszedłem do Żaczka kilka minut przed starem.

Jako pierwszy skład zameldowała się niejaka Exteti K. Początkowe minuty spowodowały mą chęć wyjścia i wrócenia dopiero na kolejnego wykonawcę, ale do dania drugiej szansy zachęciła mnie gitara, która mogła urozmaicić co nieco ten nużący i nieprzekonywający mnie w ani jednym calu rap. Urozmaiciła, choć za wiele to jej nie było. Koncert bez historii, skład do zapomnienia; następny, proszę.

Na wysłuchanie fuzji rapu z funkiem i rockiem namawiać mnie z reguły nie trzeba, nie pozostało mi zatem nic innego jak skupić swą uwagę na Kameleonie, który zaprezentował się jako drugi. Z nieporównywalnie lepszym i ciekawszym skutkiem. Zabarwiona humorem liryka, przyjemne instrumenty, granie na luzie, bez spiny, mówiąc w skrócie – całość podana w lekkiej i przystępnej formie. Co prawda jeszcze dużo pracy przed nimi, ale pokazali, że jakiś tam potencjał mają, przekonali też, bym przy okazji zakupił po koncercie ich EP-kę (Każdym trackiem zmieniam kolor), a i do tego, żeby z ciekawości śledzić ich przyszłą muzyczną drogę. Już pod inną nazwą, bo z konieczności muszą ją wkrótce zmienić.

Gdy już odliczałem minuty do Dwóch Sławów, na scenę wdrapał się jakiś regeman. Grem, uściślając, który został dokooptowany do składu imprezy, jak się później dowiedziałem z Facebooka. Poszedłem na papierosa i tyle Grema widziałem.

Dwa Sławy! W końcu.

Czekanie zostało wynagrodzone kilkakrotnie. Rado i Astek wraz z DJ-em Flipem (który przy drzwiach Żaczka musiał prawdopodobnie pokazać pisemną zgodę rodziców na wejście do klubu) rozkręcili zapewne najlepszą owego wieczoru imprezę w Krakowie, a jej znakami rozpoznawalnymi były: humor, radość, rap i hashtagi. Ów duet na scenie tylko potwierdził swoją wyjątkowość, zarówno w samych kawałkach, jak i podczas przerw między nimi. Dorównać im się starał za gramofonami coraz bardziej znany młody Dulewicz, który prócz skreczowych atrakcji wykonał solo na perkusji. Kciuk w górę.

Lwią część setlisty, bo prawie 3/4, stanowiły tracki z ostatniego wydawnictwa Radosława i Jarosława Nie wiem, nie orientuję się, do których dołożone zostały dwa z Nieśmiertelnej nawijki dwusławowej, bezpłytowa Śmiertelna nawijka dwusławowadwa oraz featuringi – Malkontent, choleryk i łgarz Jana Wygi oraz przyjęty bodaj z największym entuzjazmem W 3 dupy Polskiego Karate.

Jedynym minusem tegoż występu był fakt zagrania na bisie powtórek. DJ zapomniał bitów? Sławy nie miały nic w rezerwie? Nie chciało im się rapować czegoś nowego tego wieczoru? Zostawmy przypuszczalną odpowiedź na boku, bo koniec końców sytuacja ta nie ma większego znaczenia. Najważniejsze, że dla mnie jako widza był to jeden z lepszych koncertów hip-hopowych w karierze życiu.

Setlista:
1. Nie wiem, nie orientuję się
2. Nieśmiertelna nawijka dwusławowa
3. Śmiertelna nawijka dwusławowa
4. List motywacyjny
5. Wysoka kultura jazdy
6. Czujesz?
7. Know how
8. Pięknie kurwa pięknie
9. Suń się
10. DJ Flip drum solo
11. Om nom nom
12. W 3 dupy (Polskie Karate feat. Dwa Sławy)
13. Koniec świata
14. Unplugged
15. Dorota Gardias w/ Malkontent, choleryk i łgarz (Jan Wyga feat. Dwa Sławy)
16. Absztyfikanci.ds
Bis:
17. W 3 dupy (Polskie Karate feat. Dwa Sławy)
18. List motywacyjny

piątek, 21 czerwca 2013

Kraków z rapem na wesoło, czyli CO PRZEDE MNĄ: Dwa Sławy (Żaczek, Kraków, 21.06.2013)


Dzisiejszy wieczór powinien być pełen szerokiego uśmiechu. Trudno mi reagować inaczej na zdecydowaną większość kawałków Dwóch Sław Dwóch Sławów.

Swoją drogą tym razem moja sytuacja z koncertem w Krakowie się odwróciła: do tej pory jechałem do Krakowa na koncerty, a przy okazji w odwiedziny, tym razem jadę w odwiedziny, a przy okazji idę na koncert, którego poszukiwanie rozpocząłem dopiero po oznajmieniu mojego przyjazdu do tego miasta. Miło, że trafiłem akurat na Rado Radosnego i Astka.

Support: Kameleon... no cóż, nie wiem, nie orientuję się, dowiem się dopiero na miejscu, cóż to, choć czytam, że to organiczny rap z elementami funku i rocka. Brzmi ciekawie, wypada więc przyjść, co?

czwartek, 20 czerwca 2013

JESTEM LEGIONEM


Parafrazując klasyka: "Miałem napisać post wczoraj, ale piszę dziś". A na dziś przygotowany był inny tekst, lecz nadeszła pewna łamiąca wiadomość.

Noisia i Foreign Beggars po raz kolejny łączą swe siły. Nie po to, by stworzyć jakiś pojedynczy numer. Celem jest wspólny projekt, a w efekcie cały album i trasa koncertowa, która – dzięki, ludzie z illegalbreaks – nie ominie naszego kraju.

Do tej pory oba składy nagrały razem kilka utworów, w tym dwa absolutnie wypierdalające z butów: Contact i Shellshock.



Nadszedł jednak jasny sygnał: koniec z wzajemnymi featuringami. Czas na I Am Legion.


To kolaboracja, która musi się udać. Nie chcę słyszeć głosów zwątpienia, jeśli wy nie chcecie, bym się na was pogniewał. Ani jedna, ani druga połowa nowo powstałej supergrupy – bo takiego terminu ośmielę się użyć – nie musi już nikomu nic udowadniać, co powinno pomóc w spokojnej pracy nad wydawnictwem i w znoszeniu trudów codziennego znoju.

O rezultacie owych prac będziemy mieli okazję przekonać się podwójnie – najpierw 2 września, gdy wyjdzie płyta, a następnie 7 i 8 października na koncertach odpowiednio w Krakowie i Warszawie. Mnie z pewnością nie zabraknie na którymś z nich, co zresztą nie wymaga szczególnego komentarza – zeszłoroczny występ Foreign Beggars w Krakowie okazał się najlepszym spośród wszystkich, na jakich byłem w 2012 r. Czy teraz będzie podobnie? Już zacieram ręce.

wtorek, 18 czerwca 2013

Mam podejrzenie, że Maryla Rodowicz wyprała mi mózg


Przypadkowo wygrzebana płyta winylowa może przynieść wiele radości. Czasem dochodzi do tego jeszcze myśl "nie wierzę, że czegoś takiego słucham".

Pierwszy cios w szczękę nadszedł od Gejszy nocy:

Chwilę później drugi, od Szparki sekretarki:

Po tym uderzeniu doznałem lekkiego zachwiania równowagi. Już byłem bliski jej odzyskania, gdy wtem zaatakował Franek:

Podnieść się - to dopiero była Gimnastyka:

Te utwory są chyba ponad moją głowę i zrobiły mi pranie mózgu. Najlepsze jest jednak to, że Gejsza nocy jest naprawdę dobrą i wkręcającą piosenką. Notorycznie chodzi mi po głowie i zdążyłem nią nawet zarazić znajomych. Tak, ten kawałek zdecydowanie ma coś w sobie, nie potrafię go słuchać, nie uśmiechając się.

Pozostałej trójki również słucham z uśmiechem, ale to już nie to samo. Choć z drugiej strony weźmy taką Szparkę sekretarkę - to jest tak bekowy numer, tak abstrakcyjny, że aż mi się podoba. Nie puściłbym jednak tego przy znajomych. Już wystarczy, że któryś z nich może przeczytać ten wpis.

niedziela, 16 czerwca 2013

WARTO: Loadstar - Mini Mix (Annie Mac BBC Radio 1 Rip)


Kapitalne niecałe 5 minut (po odjęciu słownego wstępu i zakończenia Annie Mac) drum'n'bassu.

Xample i Lomax (pod taką nazwą wcześniej występował duet) zmiksowali w tym czasie aż paręnaście elementów układanki, które przez swą krótkość tworzą nieprzeciętny dynamizm i sprawiają, że dzieje się dużo, ale dzieje się dobrze. Na tyle sporo tu zawartości, że aż przekroczyłem limit znaków w tagach i nie wszystko się w nich zmieściło.

Z prawej strony soundcloudowego widgetu jest nawet download, więc w razie czego wiecie, co macie zrobić.

sobota, 15 czerwca 2013

Z Kompaktu, ale na żywo, czyli CO PRZEDE MNĄ: V Before Tauron Nowa Muzyka: Saschienne (Jazz Club Hipnoza, Katowice, 15.06.2013)


Bardziej chciałem zaliczyć planowany na wczoraj koncert TOKiMONSTY, ale skoro został odwołany, to do Hipnozy zawitam dzisiaj.

Wieczór z Saschienne, czyli reprezentującym niemiecki label Kompakt Records duetem Sascha Funke i Julienne Dessagne, traktuję bardziej jako wyjście z domu niż wyjście na koncert. Nie oczekuję cudów, jedynie opuszczenia klubu z zadowoloną miną. Z tym nie powinno być większych problemów - albumu Unknown słucha się całkiem przyjemnie, a występ ma być live, nie w formie DJ setu, bardzo dobrze.

czwartek, 13 czerwca 2013

Trochę się dziś dzieje na Mariackiej, czyli CO PRZEDE MNĄ: III urodziny Mariackiej, dzień drugi (ul. Mariacka, Katowice, 13.06.2013)


Wczoraj zamiast koncertów wybrałem pakiet fotel, six-pack i płyta z rapem ciepłe kapcie, kominek, herbata i Daft Punk. Dziś już jednak nie siedzę w domu, jeno obieram kierunek na najpopularniejszy w Katowicach deptak. Skoro już tyle się ma dziać, i to zaledwie w odległości jakichś 10 minut drogi ode mnie, to skorzystam z okazji i przyjdę na wszystkie koncerty.

No dobra, na Jokę nie zdążę.
Na Silesian Soundsystem pewnie nie będzie mi się chciało iść.
Podobnie jak na Miuosha, bo wciąż czuję nim przesyt.
Kali, Ganja Mafia - no nie bardzo, podziękuję serdecznie.
Gutek? Wynudzę się niemiłosiernie.

Pozostaje Bisz z B.O.K i to jest jedyna dobra i słuszna opcja na wieczór. Ja to jednak zrobiłem się wymagający. No i po raz kolejny się zastanawiam, czemu więcej splendoru spływa na śląskiego, a nie bydgoskiego rapera, który przy tym pierwszym jest na straconej pozycji, jeśli idzie o bycie gwiazdą wieczoru. Bisz >> Miuosh. ZAWSZE.

wtorek, 11 czerwca 2013

ALBUM: Hadouken! - Every Weekend


Hadouken! studyjnie nigdy mnie nie przekonywali. Rok temu napisałem na blogu, że słuchając ich dyskografii, emocji odczuwam może trochę więcej, co przy obieraniu ziemniaków. Zdania tego nie zmieniłem jakoś znacznie na plus przy kolejnych okazjach. Co innego na żywo – koncert Brytyjczyków na ostatnim Selectorze wylądował u mnie na 5. miejscu w końcoworocznym zestawieniu. Parę dni temu zaś coś mnie podkusiło, by zobaczyć, jak prezentuje się nowe wydawnictwo grupy.

To już była zupełnie inna rozmowa – taka, z której prawdopodobnie nie są zadowoleni fani Music For An Accelerated Culture i/lub For The Masses, bo muzycy Hadouken! zaczęli inaczej widzieć swoją przyszłość. Nie pomylę się wiele, jeśli napiszę, iż całkowicie w odstawkę poszły żywe instrumenty. Zamiast babrania się z gitarami i perkusją – koordynacja prac takich producentów, jak: Aeph, Loadstar czy Noisia, która swoją drogą odpowiada za produkcję poprzedniej płyty. Pominę tu nawet trio Drumsound & Bassline Smith w kawałku Daylight, bo to do niego Hadouken! się już wcześniej dograł.

Zespół poszedł w konkretne drum’n’bassowe, dubstepowe i electrohouse’owe bengiery. Na próżno szukać tu czegoś odkrywczego, czegoś dla londyńczyków oryginalnego, lecz z drugiej strony do jakości produkcji trudno się jakoś szczególnie przyczepić, bo jest ona dopracowana. Przy okazji zaczynam przeklinać los, iż nie po drodze mi było na koncert Hadouken! niecały miesiąc temu w Krakowie, bo ilość tanecznych momentów na m2 minutę jest na Every Weekend bardzo wysoka, a sztosem nie do przebicia jest dla mnie otwierający krążek The Vortex, który śmiało może kandydować do czołówki moich ulubionych numerów AD 2013.

Zdaję sobie sprawę, że hadoukenowe konserwy pewnie nie docenią zbytnio tego albumu (o ile w ogóle). Jestem w stanie to zrozumieć, bo grupa zatraciło nieco swoją wyjątkowość, będą więc mieli sporo racji. Buk mi jednak świadkiem, że to wydawnictwo zostało chyba stworzone dla mnie i towarzyszyć mi będzie nad wyraz często.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Daft Punk i warszawskie metro


M.in. taki widok ujrzałem na początku czerwca w Warszawie na stacji Metro Centrum. Zachodziłem w głowę, o co w tym, do cholery, może chodzić, bo zaskoczenie owym widokiem utrzymywało się we mnie długo.

Internet szybko dał mi odpowiedź: to kampania reklamowa najnowszego albumu Daft Punk Random Access Memories. Kampania, co warte podkreślenia, jedyna taka na świecie, ponieważ jedynie w Polsce wydawnictwo reklamowane jest dodatkowo postaciami androidów, a nie samą okładką płyty.

Podejrzewam, że akcja ta nie przeszła bez echa, a mimo to nie miałem o niej bladego pojęcia. Niewiedza ma jednak to do siebie, że bywa sprawczynią ciekawych niespodzianek.

Co muszę przyznać - pomysł i wykonanie (na zdjęciu jest jedynie fragment całości, w sumie trochę głupio, że nie zrobiłem więcej fot) robią wrażenie. Swoją drogą miałem sporo szczęścia, bo kampania miała potrwać do końca maja, a ja załapałem się jeszcze na nią pierwszego dnia obecnego miesiąca. Dzięki!

czwartek, 6 czerwca 2013

Rusko po raz kolejny mnie zaskakuje, lecz nie wiem, czy się z tego cieszyć


Stary, dobry (ba, najlepszy!) Rusko odszedł już dawno. Wspominam go z nieukrywanym sentymentem, bo to on głównie towarzyszył mi kilka lat temu przy poznawaniu dubstepu.

Z czasem zaczęło się jednak eksperymentowanie. Najpierw jakby mniej śmiałe, potem już coraz odważniejsze. Albumy O.M.G.! (2010) oraz Songs (2012), dalekie od wcześniejszego brzmienia Christophera Mercera, były tego dobrym przykładem. Dużo czasu zajęło mi, aby się z nimi osłuchać i przyzwyczaić do tego, że, chcąc nie chcąc, świat idzie do przodu. Rusko coraz bardziej odchodzi od dubstepu, jakby z nim pokłócony.

Niecałe 2,5 miesiąca po piosenkach dochodzi do kolabo z Cypress Hill, którego efektem jest może i nie za wybitna EP-ka, ale niejako przywracająca nadzieje w Brytyjczyku. Mija równo 5 miesięcy i na świat przychodzi Kapow EP. Kolejne zmiany, kolejne eksperymenty, ale jeden cholernie udany i każący bić brawo (Like This).

I tak dochodzimy do wydarzeń bieżących. W ubiegły piątek internet obiega wiadomość: Rusko dołącza do OWSLA, labelu m.in. Skrilleksa. We wtorek Mercer wypuszcza Take Off, singiel z mającej się ukazać 2 lipca EP-ki Lift Me Up.


Zgadza się - Rusko poszedł w drum'n'bass. Kawałek sam w sobie nie jest zły, powiem nawet, że z każdym następnym przesłuchaniem wchodzi mi coraz bardziej, ale po raz kolejny przychodzi mi z lekkim niepokojem patrzeć na ścieżkę, jaką obrał Brytyjczyk. Ok, rozumiem, że jest on niesłychanie utalentowanym producentem i ma ambicje związane z rozwojem i swobodnym komponowaniem muzyki w wielu stylistykach, ale czy ta droga jest tą właściwą?

Trochę się obawiam, czym zostanę zaskoczony na Lift Me Up. Patrząc na zdjęcie na początku wpisu, mogę tylko gdybać, jaką tym razem twarz pokaże Rusko.

środa, 5 czerwca 2013

Tylko cztery koncerty, za to bez zastrzeżeń, czyli dzień drugi i trzeci Ursynaliów 2013 trencztownowym okiem

Pierwszy dzień mojego pobytu na Ursynaliach był dość intensywny. Bardziej niż drugi i trzeci razem wzięte, jak się okazało. Po części nie miałem innego wyboru, po części sam tego chciałem.

DZIEŃ DRUGI

Sobotę zacząłem od Parkway Drive, tym razem bez spóźnienia. Te groziłoby pluciem sobie w brodę, bo minusów tegoż występu nie dostrzegłem, to była szalona godzina. Co trzeba dodać - przy idealnym wręcz nagłośnieniu (o jakie prosiło się w piątek). Frontman wyglądał na zachwyconego graniem w tym miejscu oraz reakcją publiczności, publiczność zaś wyglądała na zachwyconą graniem PD w tym miejscu oraz reakcją zespołu. Czy jakoś tak. W każdym razie symbioza została zachowana.

Po występie Australijczyków wróciłem, w zamierzeniu na na chwilę, do "domu", żeby potem przyjechać z powrotem na kilka kolejnych koncertów. No bo ani HIM, ani 3 Doors Down nawet jako ciekawostki i wykorzystanie sytuacji, że mam karnet, nie były dla mnie przekonywające, wolałem swój czas poświęcić jednak w zaciszu na innych sprawach.

Miałem wrócić na Jelonka i Gentlemana, jednak po przeczytaniu informacji, że nazajutrz nie zagrają Five Finger Death Punch oraz Anti Tank Nun, poczułem demotywację na tyle, iż stwierdziłem: pierdolę, zostaję, muszę jakoś psychicznie odpocząć od tego ursynaliowego zgiełku. Teraz nie jestem pewien, czy to był dobry pomysł, ale trudno, świat się przecież nie zawalił.

Zresztą nie musiał się zawalić – Jelonka widziałem już ze 3 lub 4 razy i mimo że jest być może moim ulubionym polskim artystą, to kolejne uczestnictwo nie widniało w mych priorytetach, Gentlemana zaś też miałem okazję widzieć; będąc w liceum, pewnie bym się dał pokroić za jego koncert, teraz to już jednak nie to samo.

DZIEŃ TRZECI

Niedzielę już lepiej wykorzystałem, zresztą była ona dla mnie bez porównania dużo bardziej atrakcyjna, choć patrząc na bardzo niską, lecz ani trochę nie zaskakującą frekwencji, znalazłem się pod tym względem w mniejszości.

Trzy koncerty, trzy udane.

Mama Selita na początek. Kapela z serii tych "zawsze spoko", i studyjnie, i na żywo, więc słusznie mogli się podobać. Nowe utwory wydają się całkiem niezłe, co dobrze rokuje w kwestii kolejnego wydawnictwa Mamy.

Royal Republic zaraz później. Najlepszość. Mój bezapelacyjny numer 1 tegorocznych Ursynaliów, przykład idealnego koncertu rockowego. Więcej o tym napiszę w osobnej notce, która już powstała, ale wrzucę ją najwcześniej za miesiąc.

Friction na zakończenie. No właśnie, Friction. Nazwa ta była mi dość dobrze znana, ale – nie wiedzieć czemu – na początku chyba w podświadomości założyłem, że to nie TEN Friction, tylko pewnie jakaś polska kapela rockowa lub metalowa, nie sprawdzając nawet słuszności moich przypuszczeń. Dopiero jak przepisywałem niedzielny line-up na kartkę, to zaświtała mi myśl, żeby rzucić okiem na opis wykonawcy. A jednak! Najprawdziwszy drumowy Friction. Ów DJ zacząć miał o 22:30, lecz gdy minęła 22:20, a na scenie wciąż znajdowała się Katy Carr ze swoim zespołem, zacząłem mieć złe przeczucia. Mijały kolejne minuty, a ja miałem coraz większe wątpliwości, czy producent z Brighton w ogóle przyleciał do stolicy. Obawy okazały się jednak niepotrzebne (choć uzasadnione), bo wkrótce zakończył się trwający po czasie koncert i podana została informacja o kwadransie oczekiwania na rozstawienie sprzętu. Kamień z serca.
W szczytowym momencie oczekiwania na set naliczyłem pod sceną i w jej okolicach paręnaście osób, dopiero później ich liczba wzrosła, ale nieprzesadnie. Ci, co się zdecydowali, nie mieli jednak czego żałować. Porównując do piątkowego setu Pendulum, trudno mi stwierdzić wyższość jednego nad drugim, były one zgoła odmienne (Friction nastawiony prawie wyłącznie na drumy, Pendulum z wieloma wycieczkami w inne rejony), ale oba nie zawiodły, to pewne.

O części organizacyjnej tego warszawskiego festiwalu powiedziane i napisane zostało już wystarczająco dużo, zatem o niej już ani słowa w podsumowaniu. Od momentu rozpoczęcia pisania tego tekstu zastanawiałem się nad odpowiedzią na pytanie, czy warto było brać udział w tym wydarzeniu. Gdy piszę  ostatni akapit, to bliższy jestem zdania, że mimo wszystko tak. Duża w tym zasługa współfestiwalowiczów, którzy stworzyli sprzyjającą atmosferę. Dobrze się tam czułem, po prostu.

niedziela, 2 czerwca 2013

Koncerty, sety, ale przede wszystkim köncert, czyli dzień pierwszy Ursynaliów 2013 trencztownowym okiem

Od rana w głowie miałem tylko jedno hasło: Motörhead. Zapominając o wszystkim, co złe i związane z tą imprezą, czekałem. Będąc już w Warszawie, musiałem się jeszcze tylko zdrzemnąć przed wyjściem na autobus prowadzący na Ursynalia, co wyszło mi aż nadto, bo zaspałem i zdążyłem dopiero na Soilwork. Nie znałem ich wcześniej w ogóle, ale bardzo dobrze, że poznałem, bo urzekli mnie od początku do końca. Obowiązkowo do sprawdzenia w wersji studyjnej.

Urzekła mnie także pogoda. Obawiałem się jej, bo katowicki czwartek był aż do przesady deszczowy, wychodząc z domu w piątek przed 6:00 nie było dużo lepiej. Warszawa zaś przywitała mnie lekkimi opadami, by potem dać coraz więcej słońca i temperatury. Ok.

Po Soilwork miałem czas na rozejrzenie się po terenie festiwalu, bo Hunter mający wejść zaraz po Szwedach to mnie akurat nie interesował. Po kilku minutach mierzenia wzrokiem wszystkich namiotów, budek i innych punktów trafiłem na miniscenę Red Bulla i usiadłem na ławce niedaleko, pisząc część tego tekstu. To wydawało się najrozsądniejsza opcja, bo nie dość, że na scenie otwartej nie działo się nic dla mnie interesującego, to w dodatku Red Bull stage oferował bardzo dobrą zabawę - znane, taneczne kawałki oraz mash-upy i remiksy tworzone na żywo za pomocą samplera czy bębnów.

Czasem trzeba jednak się ruszyć z miejsca, miast bezczynnie siedzieć, więc niejako z oporami poszedłem na tego Huntera. Nie zmieniłem swojej opinii – nic to szczególnego. Skrzypiec Jelonka nie było słychać prawie w ogóle, gdy grało całe instrumentarium, 30-osobowy (ponoć) chórek może i był efektowny, ale czy na pewno niezbędny dla widowiska? Poza tym w wielu momentach kłaniało się nagłośnienie dalekie od oczekiwanego, bo głównie słyszałem darcie ryja wokalisty, a słów nie bardzo. Wyszedłem przed bisem.

Kierunek na Open stage wydawał się naturalny, biorąc pod uwagę fakt, że Poparzeni Kawą Trzy to bardzo ciekawy twór, na żywo tylko potęgujący takie wrażenie, co udało im się zresztą potwierdzić. Dodatkowy plus za cover All That She Wants Ace Of Base.

Po 25 minutach się stamtąd zwinąłem, by zahaczyć jeszcze o The Sixpounder na scenie głównej, ale po raz kolejny zatrzymał mnie Red Bull stage i remiksy, przez co na wrocławskiej kapeli udało mi się być jedynie przez parę minut. Inna sprawa, że wcześnie skończyli (ok. 21:25, co, jeśli się nie mylę, dało jakieś 25-30 minut koncertu).

Po nich konferansjerzyna próbował zabawić publikę przed występem największej gwiazdy Ursynaliów. Za żart o skandowaniu nazwy ZZ Top powinien spłonąć w mękach, ale tekst „Za pół godziny wejdzie tu Motörhead. Jesteście gotowi na disco? Jesteście gotowi na polo?” już mu wyszedł. Tzn. mnie rozbawił, ale innym, z tego co zaobserwowałem, już niekoniecznie przypadł do gustu.

Nastrój oczekiwania dało się wyczuć nawet bez szczególnego skupienia, rozmowy wokół toczyły się właściwie tylko na jeden temat, ludzie się systematycznie zbierali, wypełniając każdą wolną przestrzeń, a czas dramatycznie się dłużył.

Pierwsze chwile köncertu dały mi do zrozumienia dwie rzeczy: ta niesamowita werwa w głosie Lemmy’ego odeszła w niebyt, a w dodatku jego wokal brzmi zdecydowanie za cicho w stosunku do instrumentów, co może trochę spieprzyć całość. Niestety oba zgrzyty utrzymały się już do końca. Sam koncert był jednak wspaniały, bo wspaniale było móc zobaczyć tę kapelę. Może i brakowało wspomnianej energii w wokalu (z drugiej strony – to cud, że w ogóle Lemmy chodzi jeszcze po tym świecie), ale na pewno nie zabrakło jej w warstwie brzmieniowej. Godzina porządnego rock’n’rolla, okraszonego dodatkowo kilkuminutowymi solówkami obu kompanów Kilmistera. Zapamiętam to wydarzenie, będę je z uśmiechem wspominać, ale nie na tyle, by opowiadać o nim z błyskiem w oczach każdej napotkanej osobie. A szkoda.

Późniejszy czas upływał pod znakiem beznadziejnej pogody. Padało coraz mocniej, co ułamek ziemi robiło się bagno. Mogłem iść na Luxtorpedę, ale sobie odpuściłem, jakoś nie miałem motywacji, a i niczego nowego bym nie przeżył. Inaczej w przypadku Bullet For My Valentine - nie słyszałem ich nigdy wcześniej, więc żem poszedł zobaczyć, co w trawie piszczy. Co prawda zaliczyłem ich cały koncert, ale nie było to żadne mistyczne przeżycie. Podczas dwóch czy może trzech kawałków energicznie ruszałem głową, a poza tymi wyjątkami nie zbierało się we mnie na tyle emocji, by musieć wykazywać trochę więcej życia niż przy prawie nieruchomym staniu w miejscu.

Miałem nawet myśl, czy by dla beki nie pójść choć na chwilę na Enej, na szczęście jednak szybko się opamiętałem, udając się na spoczynek aż do DJ setu Pendulum. Ten był miłym zakończeniem pierwszego dnia Ursynaliów, który był, muszę przyznać, co najmniej przyzwoity i udany.

Kontynuacja w jutrzejszej notce, nie regulujcie odbiorników.