poniedziałek, 4 marca 2013

RELACJA: Viltalic live (1500 m2 do wynajęcia, Warszawa, 1.03.2013)


Poprzednimi razy coś mu się nie udawało, jednak tym razem VITALIC w końcu bezproblemowo dotarł do Polski. I chwała mu, bo to, co spowodował swoim setem, wymykało się wszelkim kategoriom i wszelkim wyobrażeniom na temat dobrej zabawy.

Z tego, co widziałem, to rozpiska godzinowa jednak się nie pojawiła przed imprezą, więc asekuracyjnie przybyłem do klubu ok. 23:30. Tam już timetable był porozwieszany w kilku miejscach i zarazem sytuacja się wyjaśniła: Vitalic wchodzi o 1:00, a przybyłych do 1500 m2 rozgrzewa na głównej scenie do tej godziny Dr Dip. Zapoznając się z klubem, dowiedziałem się przy okazji, że jest jeszcze druga sala z techno, o której wcześniej nie było mowy w opisie imprezy, dopiero wczoraj przeczytałem wpis organizatora na facebookowej stronie eventu, iż faktycznie była niejaka scena Red Theather. W obu miejscach spędziłem przed gwiazdą wieczoru ledwie chwilę, przebywając głównie w palarni i obcinając pod kątem socjologicznym uczestników imprezy, trudno mi zatem napisać coś rozsądnego na ten temat.

O części głównej imprezy już jednak mogę napisać więcej. Pascal Arbez, bo tak brzmi imię i nazwisko francuskiego producenta, trochę kazał na siebie czekać. Zaczął z mniej więcej półgodzinnym opóźnieniem w stosunku do czasostołu, ale pozwoliło to na solidny wzrost apetytu. Apetytu, który nie został, bo wręcz nie mógł zostać zaspokojony - Francuz tak podgrzał atmosferę, że nawet jeśli ktoś został niedawno okradziony, miał tysiące złotych niemożliwego do spłaty długu czy dowiedział się właśnie o nieplanowanej i niechcianej ciąży, to po prostu o tym zapominał (nie, nie piszę tu o sobie, u mnie wszystko w porządku, na fali wznoszącej).

Gdybym miał opisać ten set w kilku słowach, to powiedziałbym, choć pewnie zabrzmi to sztampowo: dla takich imprez warto żyć. To, że w tym roku na żadnym evencie nie przeżyłem tylu emocji, jest rzeczą oczywistą, skłonny jestem jednak stwierdzić, iż od czasu Major Lazera na Open’erze (czyli od ośmiu miesięcy) nie bawiłem się tak bezbłędnie. Pewny jest też inny fakt: momentami tańczyłem tak szalenie, iż nie chciałbym siebie zobaczyć na żadnym nagraniu.

Nie muszę chyba mówić, że najbardziej rozszalały tłum można było zobaczyć, no i poczuć, podczas Staminy. A propos - gdy po grubo ponad godzinie mogło się wydawać, że set się już skończył, Vitalic po raz drugi zaserwował ten kawałek, co sprawiło, iż emocje wzięły u mnie górę i zachowałem się trochę jakbym był z Warszawy jak bydło – w jednej sekundzie postawiłem na ladzie przy barze niemalże pełną szklankę coli, i nie tyle przecisnąłem się pod scenę, co tam wbiegłem, odsuwając po drodze ludzkie przeszkody na bok, za co jednak dostałem nauczkę, bo trafiłem ręką w czyjeś piwo, które wylało się na mnie i spłynęło od czubka głowy w dół. Co poradzę, że Stamina powoduje, iż nie jestem sobą. Zresztą i  tak było warto.

Było warto, było też ciasno – człowiek mógł czuć się jak chorągiewka, gdy co chwilę zmieniał swoje położenie, przesuwany mimowolnie przez innych; było i duszno – klimatyzacja, o ile takowa w ogóle działała, nie dawała rady z setką ludzi i momentami trudno było złapać oddech, ale nic to, skoro w tym całym szaleństwie istniał tak naprawdę tylko Vitalic i to on mógł być jedynym bezdyskusyjnym zwycięzcą.

Impreza ta miała być jedynie rozgrzewką przed koncertem Modestepu, na który miałem jechać następnego dnia do Łodzi, jednak po wyjściu z klubu pomyślałem sobie, że Francuz tak wysoko podniósł poprzeczkę, że londyński kwartet musiałby się mocno postarać, by przebić piątkową imprezę, a i tak pewnie przypominałoby to walkę z wiatrakami. Ostatecznie nie było takiego problemu, bo koncert został odwołany, ale, jak już pisałem na blogu, nie zmartwiłem się zbytnio tą sytuacją, bo wrażeń doznałem co niemiara.

Póki co bezapelacyjnie koncert roku. Na końcoworoczny top 5 z pewnością się załapie, może nawet znajdzie się na podium. Na długo, bardzo długo zapamiętam ten wieczór.

A pomyśleć, że gdyby znajomy nie puścił mi kiedyś Staminy, to prawdopodobnie nie przeżyłbym tego wszystkiego. Chyba należy mu się jakiś alkohol w ramach podziękowań. Możliwe, że, cytując Piotra Żyłę: "no chyba mu flaszkę postawię".

0 komentarze:

Prześlij komentarz