czwartek, 24 stycznia 2013

RELACJA: Flume (Warsaw Winter Music Festival Launch Party By Urban Heroes @ Soho Factory, Warszawa, 12.01.2013)


Relacja znacznie spóźniona, nie tak długa i szczegółowa, jakbym chciał, ale w końcu napisana. No i opublikowana później niż zakładałem, ale pisząc ją i jednocześnie słuchając Flume'a, miłe wspomnienia z imprezy sprawiły, że ciężko było mi się skupić.

Jako że wiedziałem, iż Flume zacznie dopiero ok. 1, to po przyjeździe do Warszawy o 21:30 nie spieszyłem się szczególnie i na imprezie znalazłem się dopiero ok. 23:00, trafiając na rozgrzewkę w wykonaniu duetu Groh i Teielte. Zarówno ten set, jak i set Raqa, który wszedł po nich, bez większych emocji, ale przygotowały mnie we właściwy sposób do tego, co dopiero miało nadejść. Były i swagi, były i trapy, było dobrze.

Początkowo frekwencja była mało okazała, ale im bliżej Flume'a, tym coraz bardziej wypełniony stawał się Komin73 (bo tam konkretnie odbywał się event Warsaw Winter Music Festival Launch Party). Prawdę mówiąc, zdziwiłem się tak licznie przybyłą publiką, nie przypuszczałem, że Flume ma już w Polsce taką renomę, że potrafi przyciągnąć taką gawiedź, no i że ma już tylu fanów.

Trochę szkoda, że nie zapisywałem utworów z setu, a próbę ich przypomnienia sobie zacząłem dopiero wczoraj, a nie 13 stycznia. Wiem na pewno, że znalazły się w nim Left Alone, Holdin On, Insane, On Top, Stay Close oraz More Than You Thought, od którego Australijczyk zaczął. Był też jego autorski remix kawałka The Anthem Onry. Więcej niestety nie jestem w stanie odtworzyć z pamięci. Według rozpiski miał grać godzinę i tyle też przebywał na scenie, co jednak trwało zdecydowanie za krótko i pozostawiało uczucie niedosytu.

Rozpoczynający after Maceo Wyro zrobił już na mnie lepsze wrażenie niż supporty. Do czasu, aż po mniej więcej godzinie zapadła cisza, bo któreś z urządzeń odmówiło posłuszeństwa. Pewnie była to kara za przeciętne nagłośnienie. Po tym incydencie mój pobyt w Kominie73/Soho Factory dobiegł końca, gdyż trzeba było się zwijać na dworzec.

Miłym akcentem imprezy było dla mnie to, że dzięki poznanym na imprezie ludziom znalazłem się przy scenie na piętrze. Fajnie było stać metr za Flumem i widzieć z góry całą publikę. Co prawda nie udało się tam zostać do końca setu Australijczyka i przybić z nim piątki czy też zrobić sobie wspólnej foty, bo ochroniarz wypraszał znajdujące się w tamtym miejscu osoby, ale i tak było to ciekawe doświadczenie. No i przy okazji mogłem się przekonać, że gra Flume'a była niestety mocno odtwórcza, jednak nie przeszkadzało mi to szczególnie, bo bawiłem się nad wyraz dobrze.

Z tego też powodu Warsaw Winter Music Festival Launch Party mogę ocenić pozytywnie. Miejsce przypadło mi do gustu, chętnie tam jeszcze wrócę (mam nadzieję, że przynajmniej nagłośnienie będzie o niebo lepsze, bo na tańsze i wyższej jakości piwo nie mam co liczyć), a cały wyjazd był dla mnie po prostu pozytywnym przeżyciem. A o to głównie chodziło.

0 komentarze:

Prześlij komentarz