poniedziałek, 21 stycznia 2013

RELACJA: Enter Shikari (Proxima, Warszawa, 19.01.2013)


Jedną z moich największych zeszłorocznych porażek było z pewnością to, że opuściłem koncert Shakiry Enter Shikari na Audiorzece. Siedziałem wtedy w strefie gastronomicznej, a po konsumpcji jakiegoś średnio smacznego hamburgera poszedłem do namiotu spać. Przechodząc obok głównej sceny, gdzie grali brytole. Jak na złość.

Ok, miałem prawo popełnić taki błąd. Moja znajomość muzyki Enter Shikari była wtedy jeszcze znikoma i nie miałem powodu, by koniecznie bawić się tamtej godziny na jakimś nintendocorze. Gdy jednak poznałem już dobrze całą dyskografię zespołu, jasne stało się, że moją pokutą będzie uczestnictwo w jakimś najbliższym koncercie ES w Polsce. Na szczęście nie musiałem zbyt długo czekać.

Przed sobotnim wyjazdem do Warszawy twierdziłem, że może to być jedno z trzech moich najlepszych wydarzeń muzycznych w tym roku. I mimo że koncert ten, owszem, był niesamowitym przeżyciem, to jak patrzę na to, co jeszcze przede mną, zaczynam mieć wątpliwości, czy uda się temu eventowi załapać na podium. To jednak tylko niezbyt istotna dygresja.

Na Cancer Bats, którzy grali jako support, nie byłem, przejdźmy zatem od razu do części właściwej.

Timetable nie zawiódł, co mogło zaskoczyć. Występ gwiazdy wieczoru awizowany był na 21 i dokładnie o tej godzinie się rozpoczął  impreza była pod tym względem dopięta na ostatni guzik.

Setlista (znajdziecie ją niżej), tak jak się spodziewałem, nie była żadną niespodzianką i okazała się identyczna jak w przypadku czterech czy pięciu poprzednich punktów na trasie zespołu. Minimalne choć zmiany są zawsze mile widziane. Podejrzewam, że dla wielu osób nie miało to większego znaczenia, ja jednak wymagam więcej, dlatego leci tu mały minus w stronę kapeli.

O ile cały koncert zapamiętam na długo, to zdecydowanie najbardziej w pamięci utkwi mi jego pierwsze kilka minut, tj. otwierające gig System... przechodzące później w ...Meltdown. Nigdy, ale to przenigdy wcześniej żaden początek koncertu nie zrobił na mnie tak kolosalnego wrażenia. Do teraz mam ciarki na plecach, gdy sobie przypomnę, jak System..., będący zarazem intrem na płycie A Flash Flood Of Colour, w sposób niesamowity budował napięcie, którego zenitem było krzyczenie publiki w ostatniej zwrotce "to be alive", "to survive" i "our future, our future", a następnie przypierdolenie rozpoczynające ...Meltdown. Gdy jakieś 20 sekund później zaczęły się meltdownowe wobble, widownia była już kupiona.

Przez całe 1,5 godziny atmosfera była rozgrzana do czerwoności, zgodnie z przewidywaniami i tym razem muzycy pozwolili sobie na kilka zmian w kompozycjach (bodaj w czterech czy pięciu przypadkach, głównie intra i outra), co wyszło na plus.

Ukłuło mnie jedynie trochę to, że moje ulubione Mothership, na które czekałem najmocniej, nie porwało mnie tak jak myślałem. Spodziewałem się w tym właśnie miejscu punktu kulminacyjnego, a ten już dawno się spakował i wyszedł z klubu. Już więcej wrażeń miałem na dużo mniej lubianych utworach. No, wkurwiali jeszcze ochroniarze, którzy co chwilę zasłaniali członków zespołu, łapiąc zmierzających w stronę sceny crowdsurferów.

Nic to jednak, Enter Shikari zagrali perfekcyjnie, drobne minusy nie wpłyną w żaden sposób na ocenę, która musi być blisko maksimum.

PS Zastanawia mnie jeszcze jedno - ponoć w Proximie był ścisk. ŻE NIBY CO?
Przeczytałem już w różnych miejscach w sieci kilkadziesiąt komentarzy na temat tego, że w klubie było tłoczno, że nie było miejsca, i co chwilę czytam nowe wpisy traktujące o tym samym. Ręce mi opadają. Jeśli to miał być ścisk, to jestem pewien, że osoby te nie uświadczyły w życiu prawdziwego ścisku na koncercie. Być może oczekiwali, że będzie się miało w każdym miejscu w klubie wolną przestrzeń w promieniu metra od siebie. Litości. Dziwne, że ja jakoś czułem się swobodnie i mogłem bez problemu przedostać się w każde miejsce, dziwiąc się, że podczas TAKIEGO koncertu klub nie był wypełniony po brzegi. Bo spokojnie zmieściłoby się w nim jeszcze z kilkadziesiąt osób.

Setlista:
1. System...
2. ...Meltdown
3. Sssnakepit
4. Antwerpen
5. Gandhi Mate, Gandhi
6. Sorry, You're Not A Winner
7. Destabilise
8. Return To Energiser
9. Warm Smiles Do Not Make You Welcome Here
10. Gap In The Fence
11. Juggernauts
12. Arguing With Thermometers
13. Mothership
BIS:
14. Constellations
15. Pack Of Thieves
16. Zzzonked

5 komentarzy:

  1. Jeśli chodzi o ścisk to nie masz racji, nie wiem na jakich koncertach byłeś ale w takim ścisku jak był tutaj nie dało się zrobić porządnego mosh pitu, bo ograniczała nas przestrzeń. Na koncercie Enterów w większej Stodole w 2011 roku było mniej osób i było idealnie i sam uznaje ten koncert za najlepszy w moim życiu wiec wydaje mi się ze gdyby zamiast Proximy była Stodoła to załatwiło by to sprawę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok, wierzę, że w Stodole byłoby lepiej, ale ograniczona przestrzeń w okolicach sceny i nawet dalej to przecież nie jest jakaś wyjątkowa sytuacja na koncertach, a w całym klubie było jeszcze naprawdę sporo przestrzeni, nie było tak, że nie dało się podrapać po nosie, mimo że wszystkie bilety zostały wyprzedane.

      Usuń
  2. przedostać się w każde miejsce, czyli swobodnie sobie chodziłeś a nie walczyłes w moshu, jak kolega wyżej napisał. tam było zdecydowanie zbyt tłoczno ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie, nie walczyłem w moshu, ale to przecież nie ma nic do rzeczy. Chodziło mi bardziej o to, że ten 'tłok' nie powinien robić absolutnie żadnego wrażenia, bo nie jest to, jak napisałem wyżej, sytuacja wzięta z kosmosu. To Enter Shikari, a nie lokalna kapela znana max kilkudziesięciu osobom.

      Usuń
  3. Nie ma porównania między koncertem w Stodole a tym w Proximie. W Stodole był power, wszyscy szaleli, a Rou najbardziej. Właził na głośniki, wspinał się na rusztowania, pod koniec nawet bawił się z nami na parkiecie. A w Proximie co? Stał na scenie zasłonięty przez ochroniarzy, którzy zgarniali wycieczkowiczów. Kto to w ogóle widział, żeby ochrona zasłaniała zespół?! W Stodole tego typu działania odbywają się poniżej linii sceny. Muzycznie było oczywiście super, bo "A Flash Flood Of Colour" to świetna płyta, ale ten klaustrofobiczny lokalik z idiotycznym podestem po lewej stronie i surferami kursującymi non stop tą samą trasą odebrał mi część frajdy.

    OdpowiedzUsuń