wtorek, 16 października 2012

RELACJA: Ensiferum (Mega Club, Katowice, 11.10.2012)

Pisałem post niżej, w zapowiedzi, że koncert Ensiferum był dla mnie swego rodzaju przypomnieniem sobie lat młod(sz)ych, kiedy byłem wielce zafascynowany twórczością Finów. Minęło trochę od tamtego czasu, nie śledziłem już później dokładnie ich dokonań, jednak nie okazało się to w niczym przeszkodą.

Supporty celowo odpuściłem kosztem podleczenia się – co i tak nic mi nie dało – i przyjechałem prosto na headlinera imprezy Bearers Of The Sword Tour 2012. Po wejściu do klubu i rozejrzeniu się uderzyła mnie mocno grupka wikingów, kiedy jednego z nich niechcący zahaczyłem o kolczugę mała frekwencja. Ciężko mi określić, czy to wina tego, że następny dzień był jeszcze dniem pracującym, a nie weekendowym, czy może kapela ta jest tak mało popularna w naszym kraju. Ta skromna publika wyglądała jednak na prawdziwych zawodników, którzy wiedzieli, po co się tam znaleźli. Bardzo możliwe, że ja jako jedyny w klubie nie sprawiałem takiego wrażenia. Przeżywający koncert bodaj najbardziej statycznie z całego Mega Clubu, z prawie pod samą szyję zapiętą bluzą (jasną w dodatku, bo tylko takie mam cieplejsze), której nie zdjąłem przez cały koncert, podczas gdy inni mieli pewnie ochotę z gorąca ściągnąć t-shirty – postępujące przeziębienie każe czasem robić z siebie odszczepieńca i dziwaka.

Wiele ułomności można mi było z tego powodu zarzucić, jednak z pewnością nie zaburzoną percepcję – koncert słusznie zrobił na mnie wrażenie jak bodaj żaden dotychczas, jeśli chodzi o koncerty stricte dla brudasów metalowe. Nie przeszkodził mi w tym nawet fakt, że 1/3 utworów nie znałem, a 1/4 średnio pamiętałem. Finowie zagrali solidne i mocno melodyjne 1,5 godziny, zachęcając co jakiś czas do mosh pitu, choć tak właściwie nikogo nie trzeba było zachęcać, gdyż w kilku pierwszych rzędach pod sceną znajdowali się sami wytrawni gracze.

Mimo że wsłuchując się od początku z uwagą we wszystkie numery, czekałem najbardziej na Iron, to najwięcej radości sprawił mi kawałek Battle Song, o którym istnieniu zupełnie zapomniałem, a który był wszak jednym z moich ulubionych w repertuarze Ensiferum, przez co okazał się największą koncertową niespodzianką. Nad wyraz pozytywnie zaskoczyło mnie też funkowo zagrane intro do One More Magic Potion – na YouTubie da się gdzieś takie nagranie znaleźć, sprawdźcie, wypada to znakomicie.

Co prawda nie wystawiam koncertom ocen, ale temu mógłbym dać tę najwyższą, jednocześnie nie potrafiąc wymienić żadnej jego słabej strony. Przez to też tym bardziej odczuwam niedosyt, że nie mogłem w nim w pełni uczestniczyć. Nie, mamo, to nie przez to, że nie nosiłem czapki

Setlista:
Symbols
In My Sword I Trust
Guardians Of Fate
From Afar
Burning Leaves
Pohjola
Heathen Throne
Blood Is The Price Of Glory
One More Magic Potion
Hero In A Dream
Unsung Heroes
Iron
Bis:
Twilight Tavern
LAI LAI HEI
Battle Song
William Tell Overture Finale

PS Poniżej jedyne póki co znalezione na YouTubie nagranie z koncertu, ale w całkiem dobrej jakości.

2 komentarze:

  1. całkiem fajna relacja :) i wreszcie jakaś :D
    Ja od siebie mogę dodać że pierwszy support- Profane Omen- zagrał znakomicie, ich bezkompromisowa muzyka mogła się podobać. Jednak zostałem rozczarowany drugim supportem, zespołem Amoral, nie zaprezentowali nic ciekawego.
    A Ensiferum? Koncertowo :D

    OdpowiedzUsuń
  2. o, dzięki za komentarz, byłem właśnie ciekaw, czy dużo straciłem, nie przychodząc wcześniej.

    OdpowiedzUsuń