środa, 8 sierpnia 2012

RELACJA: Przystanek Woodstock (Kostrzyn nad Odrą, 2-4.08.2012) - dzień drugi


Późny przyjazd w czwartek sprawił, że na pierwszym koncercie wylądowałem dopiero o 19:40. Następnego dnia jednak, będąc na nogach już przed 10, może nie w pełni wypoczęty, ale na siłach, by przeżyć kolejne piękne woodstockowe momenty, mogłem bez żadnego problemu uczestniczyć w muzycznych wydarzeniach już od samego początku. Taki zresztą był mój plan na ten festiwal, co udało mi się minimum dobrze.

Deriglasoff
I tak już kilka minut przed 15:00 zameldowałem się pod dużą sceną w oczekiwaniu na koncert kapeli Deriglasoff, którą znałem do tamtej pory jedynie z kawałków Majki i Dyabeu oraz, a właściwie przede wszystkim, z osoby założyciela grupy, starego wyjadacza polskiej sceny Olafa Deriglasoffa, znanego z udziału w sporej liczbie projektów muzycznych na przestrzeni ostatnich 20 lat.

Artysta ten, będąc zazwyczaj z tyłu, zazwyczaj w cieniu, doskonale czuje się też w roli frontmana – zresztą tyle lat doświadczeń nie powinno budzić co do tego wątpliwości. On i jego zespół, w większości ubrani w czerwone koszule i czarne krawaty, bardzo udane otworzyli tego dnia dużą scenę. Soczyste 45 minut, podczas których usłyszeliśmy nie tylko autorskie utwory zespołu, ale też Pieśń o bohaterze – kawałek pierwszego składu Olafa, Dzieci Kapitana Klossa oraz cover Brygady Kryzys To co czujesz, to co wiesz. Na bisie zaś muzycy pokusili się o cover nieśmiertelnego Ace Of Spades Motörheadu. Wysoka nota dla panów, a ode mnie dodatkowy duży plus za skrzypce w zespole – na żywo brzmiały po prostu perfekcyjnie. Chętnie wybiorę się jeszcze kiedyś na ich koncert, jeśli będzie okazja.

Potem w planach byli The Analogs o 17:00, byli Klezmafour o 18:10... Woodstock jednak rządzi się swoimi prawami i czasem trudno swoje plany zrealizować. Bo trzeba w którymś momencie pójść coś zjeść, trzeba czegoś się napić, a gdy się wróci do namiotu choć na krótko i usiądzie ze znajomymi, to czas ten zlatuje zaskakująco szybko. Dlatego kolejny koncert, na jaki poszedłem, to był, o zgrozo, dopiero Gooral o 20:30. A Analogsów w sumie żałuję. Jeden z zespołów mojej młodości, a lubiany do dziś. Tak jak zupełnie nie podchodzi mi polski punk, tak szczecinianie zawsze na propsie. A żałuję, bo nie wiem, kiedy może być następna okazja. Bo ten Woodstock był idealną – po prostu tu byli, miałem ich pod ręką, a tak na koncert studyjny, płatny, są małe szanse, żebym się wybrał, nie ten klimat.

Gooral
Na Goorala wybierałem się już z 6 razy, a jak już się udało, to tylko na 20 minut – niecały miesiąc temu na Tauron Videozone Festival w Jaworznie. No to co, trafiła się idealna okazja, żeby być na całym koncercie.

I mimo że ciężko powiedzieć, żeby główny bohater wraz z wokalistami Wiosną i Stanisławem Karpielem-Bułecką (?) zawiedli, bo niczego podczas tej godziny nie zabrakło, to jednak nie zapamiętam tego wydarzenia jakoś szczególnie. Publika została skutecznie porwana tym osobliwym połączeniem elektroniki i góralszczyzny, co było widać aż nadto, jednak ja nie poczułem jakoś żadnej magii i podejrzewam, że równie dobrze bym się bawił, słuchając tego w domu. Jasne, fajnie było zobaczyć Goorala w pełnym wymiarze, ale jestem daleki od zachwytu. Kiedyś ponoć jego koncerty były dużo lepsze i jestem w stanie w to uwierzyć. Gwoli dopełnienia – podczas bisu Mateusz Górny zaprezentował nowy utwór. Ciekawy, mocno dubstepowy.


Machine Head
Po Gooralu rozstawili się i z 20-minutowym opóźnieniem wyszli na scenę Machine Head, co więcej – zagrali, ale... to właściwie tyle, co mogę powiedzieć sensownego. Nie znałem tej kapeli wcześniej praktycznie w ogóle, słyszałem może ze dwa jej utwory plus dużo pozytywnych głosów na jej temat. To niestety nie wystarczyło, żeby koncert mnie zadowolił. Widocznie jest to jeden z tych wykonawców, których muszę usłyszeć najpierw w wersji studyjnej, a dopiero potem na żywo, żeby odbiór był właściwy. Kopnęli jednak mocno, to trzeba im przyznać.

Asian Dub Foundation
Najbardziej oczekiwany koncert dnia, Woodstocku, a może nawet i roku. W założeniu po nim mogłem już nawet umrzeć.

Miesiące oczekiwania zakończyły się wraz z pierwszymi dźwiękami dość spokojnego intra w postaci Bride Of Punkara, które było swoistą grą wstępną (chyba nie umiem tego inaczej nazwać) do koncertu Azjatów. Potem już jednak były dość mieszane uczucia – bo z jednej strony koncert był niesamowity pod każdym względem, ale z drugiej – niesamowicie i żałośnie wręcz przewidywalny. ADF zagrali dokładnie te same kawałki dokładnie w tej samej kolejności, co grają praktycznie bez zmian od 1,5 roku! Można było zgadywać, co będzie za chwilę, nie mając możliwości się pomylić w porywach więcej niż raz. To właściwie jedyny zarzut, jaki można znaleźć, prócz tego aż chciało się, żeby było jeszcze więcej i jeszcze głośniej. Nie zabrakło chyba żadnego utworu, jaki powinien być zagrany – sama śmietanka będąca zbiorem najlepszych dokonań grupy. A przeważały te z najnowszych dwóch albumów - Punkary i A History Of Now, nie zabrakło też mocnych punktów z chyba najlepszego albumu, Enemy Of The Enemy, a także innych, co zresztą zobaczycie w setliście poniżej.

Setlista:
1. Bride Of Punkara
2. Rise To The Challenge
3. Target Practice
4. Urgency Frequency
5. A New London Eye
6. Speed Of Light
7. A History Of Now
8. Future Proof
9. Burning Fence
10. Flyover
11. Dhol Rinse
12. Naxalite
13. Oil
Bis:
14. Fortress Europe

Dzień był to bardzo udany, jednak nie tak udany jak pierwszy, nie tylko dlatego, że muzycznie przeżyłem go trochę gorzej, ale też dlatego, że nie dotarłem na Shantela, który był jednym z moich obowiązkowych punktów tego Woodstocku. Zmęczenie dało niestety o sobie znać – gdy po ADF położyłem się na chwilę do namiotu, by odpocząć właśnie przed Shantelem, to tak już w nim zostałem (w namiocie, nie Shantelu). Obudziłem się co prawda na kilka minut przed rozpoczęciem, ale tak dobrze się leżało, że żadna siła nie była w stanie mnie stamtąd ruszyć. I w sumie głupio zrobiłem. Bardzo głupio.

Szkoda też, że nie zainteresowałem się kolektywem dziennikarzy z Poparzeni Kawą Trzy, słysząc tylko parę energicznych i całkiem ciekawych utworów w kolejce do gastronomii. Jak tak teraz przesłuchuję ich album – to mogło być nawet moje odkrycie tego festiwalu. Mógłbym nawet ochujeć z wrażenia.

O trzecim dniu mało co będę mógł napisać w kwestii koncertów, połączę go więc z jakimś podsumowaniem XVIII Przystanku Woodstock. Śledźcie zmiany na blogu.

2 komentarze:

  1. co do znaku zapytania przy Gooralu, tak Stanisław, bratanek tego z zakopower, jest jednym z ich wokalistów, a co do Poparzonych... mam zawsze mieszane uczucia co do zespołów, których najczęściej słyszanym utworem jest cover i to w dodatku zdecydowanie słabszy od oryginału

    OdpowiedzUsuń
  2. mówisz o Soldacie czy o czym?

    OdpowiedzUsuń