poniedziałek, 6 sierpnia 2012

RELACJA: Przystanek Woodstock (Kostrzyn nad Odrą, 2-4.08.2012) - dzień pierwszy

Swój plan na Przystanek Woodstock – stuprocentowe skupienie się na koncertach – zrealizowałem na tyle, na ile mogłem. Idealistycznie myślałem, że będę na tych pięciu koncertach dziennie, jednak rzeczywistość to zweryfikowała – jest to trudne do wykonania zadanie. Więcej o tym za kilka dni w podsumowaniu, tymczasem dziś krótki opis pierwszego dnia i koncertów odbywających się na dużej scenie.

Hardcore Superstar
Idealny wręcz koncert na początek mojego pobytu na Woodstocku. Szybko, energicznie, rock'n'rollowo. Panująca wtedy atmosfera kazała mi być pewnym, że przyjazd do Kostrzyna nad Odrą był świetnym pomysłem i że pobyt tutaj będzie w stu procentach udany.

Ministry

Kiedy na stronie Przystanku pojawiła się informacja, że na jego tegoroczną edycję mają przyjechać mistrzowie industrial metalu w postaci Ministry, przez chwilę zamarłem z wrażenia, bo nie wiedziałem, że zespół reaktywował się po kilkuletniej przerwie. Nie przepuszczę takiej okazji, pomyślałem wtedy.

Pech jednak chciał, że nie byłem na całym występie, bo podczas pierwszych 20-30 minut stałem w kolejce po kupony na piwo, bo w międzyczasie trzy razy panie zamykały kasy, co w końcu przekroczyło granicę mojej cierpliwości i odszedłem stamtąd z pustymi rękoma, chcąc biec na koncert. Przez te kilkadziesiąt minut więc mało co słyszałem, ciężko mi było wsłuchać się, jakie utwory były grane. Wiem tylko, że przegapiłem No W, z powodu czego jestem trochę sfrustrowany. Jednak gdy już szczęśliwie dotarłem w pobliże dużej sceny, ku mojej uciesze usłyszałem m.in. Waiting, N.W.O., Just One Fix czy Thieves. Ministry byli w formie – przerwa w działalności nie zaszkodziła im ani trochę, podejrzewam, że zdecydowana większość fanów mogła ocenić ten gig pozytywnie.


Damian Marley
Kolejny mocny punkt pierwszego dnia Woodstocku. Tym razem już nie miałem żadnych kłopotów logistycznych, od początku do końca z uwagą mogłem wysłuchać rastamańskich śpiewów w wykonaniu najbardziej znanego z synów Boba MarleyaDamiana. On i jego zespół zaczęli od intra z Confrontation, co pewnie niektórym, w tym mnie, dało nadzieję na cały utwór (prawdopodobnie mój ulubiony Jr. Gonga), który otwiera ostatni solowy album wokalisty, Welcome To Jamrock. Zamiast tego zgromadzona publika usłyszała niedawno wypuszczony kawałek ze Skrillexem, Make It Bun Dem, który oczywiście nie miał w sobie tyle siły, co dubstepowy oryginał, ale poruszać się do tego też można było bez problemu. Z autorskiego repertuaru Damiana mogliśmy usłyszeć oczywiście Welcome To Jamrock, a ponadto m.in. It Was Written, Move! czy Road To Zion, kawałek z gościnnym udziałem Nasa. Pozostając przy nowojorczyku - z nagranego z nim przed dwoma laty albumu Damian Marley wykonał Land Of Promise, co do innych utworów z Distant Relative się waham i wolę nie popełnić gafy. Całości dopełniły covery ś.p. ojca – Get Up, Stand Up, Could You Be Loved i No More Trouble. No, można jeszcze wspomnieć o kawałku zwrotki z Liquor Store Blues, utworu z Bruno Marsem.

Woodstockowicze bawili się przy tych jamajskich dźwiękach wręcz wyśmienicie, co zresztą dało się wyczuć po kilogramach palonej podczas koncertu marihuany. Dla mnie nie był to co prawda najlepszy koncert reggae, na jakim w życiu byłem, ale cieszę się ogromnie, że było mi dane zobaczyć na żywo Damiana Marleya, bo nie dość, że to największa gwiazda tej muzyki, jaką widziałem, to w dodatku nie wiem, czy taka okazja jeszcze by się kiedyś powtórzyła.




The Qemists
Po cichu liczyłem, że najlepsze dopiero przede mną, na samym końcu. I nie pomyliłem się ani o włos. Fuzja drum'n'bassu, dubstepu i ciężkich gitar oczywiście nie każdemu odpowiadała i przyciągnęła w związku z tym skromną jak na możliwości festiwalu widownię, ale mam nadzieję, że jednak spora część nie znajdowała się tam przypadkiem i że chociaż garstka osób, która była wtedy wśród publiki, bo nie chciało im się jeszcze spać, wyszła zadowolona, ponieważ The Qemists FENOMENALNIE zakończyli pierwszy dzień na dużej scenie. W harmonogramie 40 minut, jednak w rzeczywistości łącznie godzina i 5 minut muzyki, która nie dawała chwili wytchnienia. Tak jak przewidziałem – Chemicy okazali się czarnym koniem festiwalu. Prawdopodobnie mój najlepszy koncert XVIII Przystanku Woodstock.


Woodstockowy czwartek był dla mnie idealny muzycznie, prócz tych góra 30 minut bez Ministry zobaczyłem wszystko, co miałem w planach, mogąc położyć się spać w pełni usatysfakcjonowanym i wciąż jeszcze mając w sobie kilkugodzinne emocje i niecierpliwe oczekiwanie na jeszcze więcej.

1 komentarz:

  1. żałuję the qemists :c nie wiedziałam że są tacy fajni, tak to bym poszła

    OdpowiedzUsuń