środa, 29 sierpnia 2012

ALBUM: Rita Ora - Ora


Bohaterkę poniższej recenzji można było poznać w 2007 roku, kiedy jako zaledwie 17-latka zaśpiewała gościnnie u Craiga Davida w kawałku Awkward. Szerzej pokazała się światu rok później u tego samego wykonawcy w numerze Where's Your Love, do którego powstał też klip. Największy rozgłos przyniósł jej jednak bez wątpienia wydany 12 lutego tego roku singiel DJ-a Fresha Hot Right Now, który najpełniej pokazał, że Rita Ora potencjał wokalny ma spory. Wydawać by się mogło, że jej debiutancki album, nad którym pracowała od 2010 roku, powinien być w klimatach typowo brytyjskich. Wokalistka obrała jednak inną drogę i nagrała płytę pod skrzydłami wytwórni Jaya-Z, Roc Nation, co pozwala się domyślać, czego powinniśmy się spodziewać – klimatów pop i r'n'b.

Ora zaczyna się jednak inaczej, bo electrohouse'owo-moombahtonowym 1,5-minutowym intrem Facemelt produkcji Diplo (skojarzenie z M.I.Ą. całkiem słuszne, zresztą Diplo wyprodukował jej łącznie kilkanaście tracków), który słabych kompozycji raczej nie ma w zwyczaju tworzyć. Intro to, będące, o zgrozo, jednym z lepszych utworów na płycie, daje ochotę na to, by posłuchać całego krążka w takich klimatach, bo urodzona w Serbii Rita odnajduje się w nich wzorowo. To jedyne takie odstępstwo na płycie, gdyż idąc dalej, trzeba zejść na ziemię i uświadomić sobie, że to naprawdę będzie pop i r'n'b. W nie najlepszym wydaniu.

Intro się kończy, a wchodzi Roc The Life, jeden z ciekawszych numerów, czego znowu nie można powiedzieć o następnym, będącym drugim singlem How We Do (Party) (swoją drogą ciekawe, skąd pomysł na follow-up do Notoriousa, hiehie), który jest przyswajalny, ale nic więcej. Dalej mamy pierwszy singiel, czyli lekko dubstepowy R.I.P. nagrany wespół z Tiniem Tempah (w kawałku pobrzmiewa sampel z remiksu Heartbeat Nneki autorstwa Chase & Status) – jeden z mocniejszych punktów na albumie, podobnie jak piąty na liście Radioactive. Nie zachęcają zaś dwa kolejne tracki – Shine Ya Light jest całkowicie nijaki, Love And War co prawda odrobinę lepszy, ale nie ratuje go nawet J. Cole na featuringu. Do końca albumu mamy już sinusoidę – dość interesujące są numery Uneasy (który znacznie wykorzystujący potencjał Rity) oraz Fall In Love (z którego jedynie fragment z will.i.amem powinien pójść do kosza, bo jest bodaj najgorszym na płycie; pod względem produkcyjnym jednak wokalista The Black Eyed Peas spisał się bez zarzutu), a kolejne dwa, Been Lying oraz Hello, Hi, Goodbye, powinny pójść w niepamięć, gdyż tempo w tym momencie zwalnia, dając nam możliwość posłuchania dwóch ballad, a nie jest to działka, w której wokalistka się odnajduje. Nie tędy droga, Rito. Album zamyka znane już wszystkim dobrze Hot Right Now, którego dołączenie do tracklisty jest największą zaletą tego debiutanckiego krążka, co nie świadczy o nim dobrze.

Niewiele oferuje nam ten album. Oprócz R.I.P. brak tu wybijających się znacznie numerów (nie liczę Hot Right Now, bo jest on tylko bonusem), głos Rity został stłamszony i nie pokazuje ona przez to pełni swoich możliwości wokalnych, a w wielu momentach brzmi po prostu jak uboga krewna Rihanny. Wydawnictwo to prawdopodobnie przejdzie bez większego echa, co może będzie miało swoje pozytywne skutki i skłoni Brytyjkę do podjęcia kroków, by drugi album był dużo lepszy, chociaż cholera wie, jak tam wygląda jej kontrakt z labelem Shawna Cartera.

2 komentarze:

  1. pytanie dla autora: dlaczego nie ma ocen płyt w jakiejkolwiek skali, chociażby 1-10 lub 1-6?

    anonimowy anonim

    OdpowiedzUsuń
  2. ocenianie płyt byłoby uzasadnione na portalach/serwisach/blogach, które opierają się na recenzowaniu, tu nie uważam tego za konieczne. inną kwestią jest to, że nie wszystkie posty na tym blogu z etykietą 'album' są w 100% recenzjami.

    OdpowiedzUsuń