piątek, 20 lipca 2012

RELACJA: Heineken Open'er Festival 2012 (Gdynia, 4-7.07.2012) - dzień czwarty

Relacja z dnia zerowego Heineken Open'er Festivalu 2012


No i nadszedł w końcu czas na ostatni dzień zmagań z drogim żarciem, chujowym piwem i cuchnącymi toi-toiami muzycznych doznań. Dzień inny niż wszystkie, bo zaliczyłem jedynie cztery koncerty, z czego dwa mocno niepełne, trzy na głównej scenie, a do tego dwa najgorsze z całego Open'era datowanego na Rok Pański 2012. To tak żebym broń borze nie wrócił z niego w pełni zadowolony.

21:30-21:45 Mumford & Sons (Main stage)
To już postanowione – na kolejnych festiwalach muszę się lepiej organizować czasowo. No bo nie może być tak, że o 21:10 wychodzę dopiero z namiotu, by udać się na teren koncertowy. Argument taki, że musiałem jeszcze koniecznie przed wyjściem wziąć po raz drugi prysznic może i ma jakąś siłę perswazji, ale nie zmienia to faktu, że straciłem przez to koncert Bat For Lashes, bo nie było sensu ruszać tam dupy, skoro za niedługo mieli skończyć grać Mumford & Sons, a chciałem koniecznie zająć sobie dobre miejsce blisko sceny na The Mars Voltę.

A, prawie bym zapomniał o samym koncercie Mumford & Sons – takiemu indie-folkowemu gitarowemu kutaszeniu mówię stanowcze nie. I tak jestem godny podziwu dla samego siebie, że wytrzymałem jakoś te 15 minut.

Nie będzie filmików, nie zmusicie mnie do szukania i słuchania, który z nich się nadaje do wrzucenia tu, o nie.

PS Przy opisie koncertu Jamiego Woona napisałem, że był to mój drugi najgorszy koncert Open'era. Zapomniałem jednak wtedy o Mumfordach, jak widać dlatego, że wolałem o nich nie pamiętać. Wybacz, Jamie, jesteś stopień niżej na podium.

22:15-23:15 The Mars Volta (Main stage)
Gwoli ścisłości – od 22:15, czyli od początku, bo problemy techniczne powodowały mniejsze lub większe opóźnienia. Tu akurat kwadrans czekania na The Mars Voltę był błahostką przy świadomości tego, co miało się wydarzyć. No bo musiało się wydarzyć, to dla nich głównie tutaj przyjechałem, a ponadto sobotniego popołudnia uświadomiłem sobie, że to może być dla mnie najlepszy koncert tego roku. Nie było zatem innej możliwości, jak zajęcie sobie szczególnego miejsca na to huczne wydarzenie. Gdy tylko Mumford & Sons skończyli pitrasić te swoje smrakloki i ludzie w dużej części opuszczali main stage, zacząłem przeciskać się na sam przód, co zakończyło się sukcesem, bowiem zająłem miejsce w trzecim rzędzie od barierek. Co z tego jednak, skoro koncert mnie zawiódł i z ledwością załapałby się do mojej piątki najlepszych tego Open'era?

Zastrzeżenia mam tylko do setlisty, ale to wystarczy. Ja rozumiem, że TMV wydali w tym roku nowy album i chcieli coś z niego zaprezentować, ale robienie na Open'erze koncertu promującego Noctourniquet i zagranie, jeśli się nie mylę, 7 z 9 utworów (plus cover) właśnie z tej płyty było jednak przesadą i zarazem kopniakiem w dupę dla osób, które czekały na więcej starszych i LEPSZYCH dokonań grupy, bo nową, najgorszą w całym dorobku Mars Volty płytą nie ma się co szczególnie zachwycać. Szczególnie nie mieści mi się w głowie, że nie było żadnego utworu z De-Loused In The Comatorium. Przed koncertem postawiłbym w ciemno, że będzie minimum jeden. Dobrze chociaż, że dobór kawałków został jakoś uratowany przez The Widow i Goliatha.

Przyczepić się jeszcze mogę tylko do tego, że koncert trwał zaledwie godzinę i że Cedric, Omar i reszta nie zdecydowali się na bis. Cała reszta pozostaje już jednak poza moją krytyką, bo członkowie Volty na czele z wokalistą Cedrikiem Bixlerem-Zavalą wiedzą, jak zrobić prawdziwe widowisko – zespół dał prawdziwy popis energetycznego szaleństwa. Psychodelia, improwizacje wstawki, potęga riffów w wykonaniu Omara Rodrígueza-Lópeza, progresywny klimat – na nudę nie można było narzekać. Swoje własne show miał też Cedric, który biegał, skakał, tańczył, schodził do publiczności po gadżety, których potem używał (maska kurczaka, duże żółte okulary), żeby w przerwach między uzewnętrznianiem swojego ADHD spokojnie napić się herbaty.

Cały koncert można obejrzeć w poniższym filmiku:


00:00 - 01:00 The xx (Main stage)
Na The xx trafiłem dlatego, bo nie miałem co z sobą zrobić, a i przy okazji byłem ciekaw, czy może mnie oni czymś zaskoczą. Nie zaskoczyli. Właściwie to mało powiedziane, że nie zaskoczyli – to był PRZERAŹLIWIE NUDNY koncert. Moje najgorsze chwile na Open'erze i tytuł bezkonkurencyjnie najgorszego gigu.

Analogicznie do Mumfordów – nie będzie żadnego filmiku z koncertu.

1:05-1:35 Brygada Kryzys (World stage)
Na Brygadę Kryzys nie miałem w planach trafić, jednak przemieszczając się ze znajomą z The xx na SBTRKT, dałem się namówić na pokonanie tej drogi przez World stage i posłuchanie przez chwilę tych punkrockowych dinozaurów. Chwila zmieniła się w pół godziny, a trwałoby to jeszcze dłużej, bo Brygada zagrała wręcz wybornie, gdyby nie – analogicznie do nazwy kapeli – kryzys (zmęczeniowy), który mnie dopadł i po którym musiałem wrócić do namiotu i pójść spać, kończąc tym samym mój udział w Heineken Open'er Festivalu 2012. A po takim koncercie spało się bardzo dobrze.



Ten dzień miał być zdecydowanie lepszy. Nie dość, że The Mars Voltę muszę zaliczyć na minus, o dwóch kolejnych koncertach chcę jak najszybciej zapomnieć, to nie zobaczyłem ani Bat For Lashes, ani Friendly Fires, ani Janelle Monae. Jasne, po części z mojej winy tak się ta sobota ułożyła, ale, z drugiej strony, nie mam o to do siebie szczególnych pretensji. Cały festiwal zaś muszę uznać za muzycznie udany, w skali pięciostopniowej dając 3+. Istotne jest też to, że poznałem dużo nowości, co jest dla mnie bezcenne.

No, to by było chyba na tyle.

0 komentarze:

Prześlij komentarz