czwartek, 19 lipca 2012

RELACJA: Heineken Open'er Festival 2012 (Gdynia, 4-7.07.2012) - dzień trzeci

No i spóźniłem się z wrzuceniem tej relacji o trzy kwadranse, bo tyle jest już po północy, jednak, mówiąc krótko, z różnych powodów dzień ten nie należał do najszczęśliwszych, nie miałem prawa wyrobić się w czasie.

Relacja z dnia zerowego Heineken Open'er Festivalu 2012

Po czwartkowych koncertach apetyt na kolejne zdecydowanie urósł, szczególnie, że następnego dnia grało trzech wykonawców, na których tu głównie przyjechałem  Public Enemy, Franz Ferdinand i Toro y Moi, a to już pokaźna liczba jak na jeden dzień. Jak to wszystko wyglądało?

19:15-19:55 Toro y Moi (Tent stage)
Mam mieszane uczucia co do tego koncertu. Niby ten popowy, zahaczający momentami o funk klimat był nawet pociągający, ale jednak za duży nacisk został położony na instrumenty. Koncertowi temu brakowało większej energii, brakowało charakteru, dlatego też byłem na nim jedynie 40 minut. Możliwe, że po prostu na mnie jako osobie absolutnie zakochanej w albumie Causers Of This to, co zobaczyłem i usłyszałem nie mogło zrobić wielkiego wrażenia.

Cały koncert można obejrzeć pod tym linkiem: http://youtu.be/Pnss5XW36KQ?t=2h24m29s

20:30-21:20 Łona i Webber & The Pimps (World stage)
Mała rozgrzewka przed jedynym-i-słusznym-koncertem-hip-hopowym-tego-dnia. Pierwsze, co się daje zauważyć  wrażenia z Łony występującego z The Pimps są nieporównywalnie większe niż gdy gra on z samym Webberem. A para ta uzupełnia się jak mało która, jestem ciekaw, czy zagrali oni kiedykolwiek słaby koncert.


22:00-22:30 Franz Ferdinand (Main stage)
Koncert, podczas którego popełniłem prawdopodobnie największy błąd tego Open'era. Błąd polegający na tym, że po 30 minutach opuściłem scenę główną na rzecz występujących na World stage Public Enemy. Opuściłem z żalem, bo ten koncert był pieprzoną petardą już od samego początku, a na tych starych rapsach byłem daleki od wyskoczenia z moich éSów (na które to zamieniłem tego dnia kalosze). Czekałem przez te pół godziny, aż France zagrają Take Me Out, co mogło być moim najlepszym momentem całego festiwalu, jednak nic z tego, stało się to dopiero kilkanaście minut później, co było bardzo dobrze słychać na World stage'u (swoją drogą  dlaczego, skoro przez pierwsze dwa dni nie było takiego problemu z przebijaniem się dźwięku?). Nawet jeśli ktoś nie wiedział, który wykonawca był headlinerem tegorocznego Open'era, to po tłumie i jego reakcji nie miał żadnych wątpliwości.



22:40-23:20 Public Enemy (World stage)
Mój drugi najbardziej oczekiwany wykonawca tego Open'era. Skład będący kwintesencją słowa "klasyka". Czy tych panów trzeba przedstawiać?

Nigdy wcześniej nie byłem na koncercie gwiazdy hip-hopowej z TAKIEJ półki – do tej pory najwyższą był Raekwon na OFF-ie w 2010 r., dlatego też moje oczekiwania były wywindowane pod samo niebo na Babich Dołach. Oczekiwałem chyba jednak cudów, ewentualnie zapominając, że oldschoolowy rap przyjmuję zazwyczaj w ograniczonych dawkach. Koncert jednak mógł się podobać – prawdziwi weterani sceny, Chucka D i Flava Flav sprawiali wrażenie, jakby nie dotyczył ich upływający czas, no a na medal spisali się też asystujący im DJ Lord i dwugitarowo-perkusyjny live band.

Cały koncert można obejrzeć w filmiku poniżej:


23:50-(do końca) M83 (Tent stage)
Nie znałem ich przed koncertem praktycznie wcale i nie zależało mi szczególnie na tym, żeby iść na ich koncert, ale po pierwsze  i tak o tej porze nie było niczego ciekawszego, a po drugie  nie mogłem się oprzeć chęci dowiedzenia się, skąd jest na nich taki hype. Bo ten, trzeba przyznać, jest ogromny i nie ma co się z tym kłócić. Dało się to zresztą zobaczyć po ilości chętnych  ludzie wylewali się z namiotu, do którego organizatorzy festiwalu wrzucili zespół (czemu nie na Main stage!?). I jedno trzeba przyznać  stan podniecenia cisnących się niemiłosiernie we wszechobecnej tam duchocie wielbicieli M83 był godny podziwu. W tym tłumie stałem gdzieś ja, bardziej obserwator tego zjawiska, bardziej socjolog próbujący zrozumieć ten fenomen niż zniewolony bez reszty i spijający każdy dźwięk hipster uczestnik koncertu. Kilka momentów mi się naprawdę podobało, ale to za mało, żeby się zachwycić  być może zrobię to za jakiś czas, bo mam w planach zapoznanie się z ich materiałem.

PS Koncert zaczął się 20 minut później, żeby po Franzu Ferdinandzie wszyscy zdążyli na rozpoczęcie M83 – BEKA z organizatorów.



To tyle. Bez podsumowania. Wpis o czwartym, ostatnim dniu w czwartek (czyli w sumie już dziś) lub piątek (czyli w sumie już jutro). Będzie on dużo krótszy niż dotychczasowe, to pewne.

1 komentarz: