poniedziałek, 16 lipca 2012

RELACJA: Heineken Open'er Festival 2012 (Gdynia, 4-7.07.2012) - dzień drugi



Drugi dzień festiwalu stał pod znakiem mgły, która była dość osobliwym widokiem (ponoć nigdy wcześniej w historii Open'era się nie przytrafiła), więc z poczuciem tworzenia się historii na naszych oczach można było w bojowym nastroju pójść na koncerty. Wypadało, żebym tym razem zjawił się na nich wcześniej niż poprzedniego dnia, jednak, cytując klasyka, cały misterny plan wpizdu, bo musiałem jeszcze podładować sobie telefon komórkowy, na czym straciłem ponad godzinę, bo po podłączeniu go do gniazdka i pójściu na spacer, zastałem telefon z wyjętą z prądu ładowarką, nienaładowany nawet w jednym procencie. "Szkoda nerwów, zaraz stracę wszystkie", chciałoby się powiedzieć za Rasem.

20:00-20:25 Pipes and Pints (Talents stage)
Koniec końców dotarłem punktualnie na 20, a moim pierwszym przystankiem byli czescy folkpunkowcy z Pipes and Pints, na których ostrzyłem sobie zęby już przed wyjazdem do Gdyni. No i dostałem to, czego chciałem i czego można, a nawet trzeba było się spodziewać po kapeli grającej celtycki punk. Mają swój własny styl i jest to z pewnością dobra alternatywa dla chociażby Flogging Molly czy Dropkick Murphys, a nawet The Dreadnoughts, ale nie przeceniałbym tych czeskich hultajów – ich czas jeszcze nadejdzie, póki co w mojej ocenie są dobry poziom niżej nawet od tej ostatniej z wymienionych kapel.


20:30-21:05 Pablopavo i Praczas (World stage)
Dwa lub trzy razy Vavamuffin, cztery lub pięć razy Pablopavo i Ludziki, ale dopiero pierwszy raz Pablopavo i Praczas. Byłem bardzo ciekaw, jak przy moim uwielbieniu do Pabla i Ludzików wypadnie ten utalentowany wokalista wraz z niemniej utalentowanym producentem znanym m.in. z Village Kollektiv czy Masali (która, jak zauważyłem przed kilkoma dniami, umieściła ze 4 miesiące temu na swoim facebookowym profilu link do posta z mojego bloga, jest respekt!). Wyszło bez zastrzeżeń, Pablo jak zwykle kupił swoją osobą publikę, akordeon Radka Polakowskiego jak zwykle dodawał klimatu, a ja, jak zwykle, wyszedłem zadowolony z koncertu, w którym na scenie był nasz warszawski śpiewak. A, i wciąż czekam na moment, kiedy wezmę się za przesłuchanie Głodnych kawałków, które od stycznia cały czas leżą w folii. Jeszcze trochę i będzie mi z tego powodu autentycznie głupio.

PS Technika gęby na żywo – miód dla uszu.




21:10-21:45 Jamie Woon (Tent stage)
Koncert Jamiego Woona był dla mnie jednym z tych z serii "nie znam, ale z chęcią poznam". Niezawodny Last.fm pokazał tagi: soul, dubstep, ambient, electronic, experimental, czyli mieszankę, którą bez wahania wziąłem w ciemno. i dlatego też wcześniej wyszedłem z duetu ksywek na literę 'P'. Jak się okazało, kiepski był to pomysł. Wytrzymałem te ponad pół godziny, ale tylko dlatego, że cały czas czekałem, aż usłyszę coś, co mi się spodoba. Na darmo. Moje znudzenie nie było warte oczekiwania na cud. Może i był to koncert hipnotyczny, ale dla mnie ta hipnoza to była co najwyżej na sen. Karny kutas i tytuł drugiego mojego najgorszego koncertu tego Open'era.



22:30-00:10 Major Lazer (World stage)
Koncert, na który nie ma słów.

To, co wyprawiał Diplo i reszta składu koncertowego, po prostu nie mieści się w głowie. Jak żyję, nie byłem nigdy świadkiem w takim stopniu porwanego przez muzykę tłumu, któremu ciągle było mało i który spędził 1,5 godziny w imprezowym transie. Dancehall, baile funk, moombahton, reggaeton, drum'n'bass, dubstep, soca, hip-hop, reggae, electro, house... czy to mogło się nie udać? Utworów w secie było aż niecałe 50, co jeden, to lepszy. Tak na dobrą sprawę powinienem o tym koncercie utworzyć osobny wpis, podsumuję go jednak bardzo prostym równaniem: Major Lazer > Open'er. Bez cienia wątpliwości z mojej strony.

Jeszcze kilka dni temu na YouTubie można było zobaczyć cały koncert wrzucony przez kogoś nieoficjalnie (i nielegalnie zarazem), chciałem nawet spróbować skompletować setlistę ze słuchu i na podstawie komentarzy, ale bodaj agencja Alter Art zablokowała ten filmik. Pluję sobie teraz w brodę, że go nie ściągnąłem jakimś Youtube downloaderem.



Moim największym życzeniem było usłyszenie kawałka Get Free w remiksie Andy'ego C i to życzenie się spełniło. Przez pierwszą minutę ciarki na plecach i moment wzruszenia głosem Amber Coffmann, przez kolejne 20 sekund przygotowanie się do drumowego szaleństwa, no i w końcu odstawienie całego świata na drugi plan (jak tak przyglądam się teraz temu zdaniu, to wygląda ono trochę jak pisane po zażyciu środków odurzających, no trudno).


Tak jak pisałem, filmu z całego koncertu nie ma, ale jest w sieci wersja audio w bardzo przyzwoitej jakości. Obowiązkowo do przesłuchania, rzecz wielce godna poświęcenia 1,5 godziny swego czasu: http://www.mediafire.com/?7vhid5skxmjm9j9.

Tak jak zawsze trudno jest jednoznacznie wybrać najlepszy moment danego setu (co innego już z koncertem), tak ja stawiam bez konieczności dłuższego zastanawiania się na Calvina Harrisa i kawałek Awooga, no posłuchajcie tylko tego.

00:20-01:00 Justice (Main stage)
Dobra passa trwała – skończył się jeden tętniący energią koncert, a zaczął kolejny, w postaci Justice, który był moim drugim po Major Lazer pozytywnym zaskoczeniem tego Open'era. Nie wiedziałem, czego mam się po nich spodziewać, jednak dziesiątki osób ubranych od samego rana w koszulki z charakterystycznym krzyżem to nie był przypadek. Oczekiwanie i napięcie związane z tym koncertem było wyczuwalne dosłownie na każdym kroku, teraz już wiem, dlaczego – Francuzi potrafią porwać swoimi elektronutami, a efekty wizualne podwajały wrażenia. Dobre gówno, bardzo dobre gówno, po tym koncercie dołączyłem na stałe do grona sympatyków Sprawiedliwości.



1:20-4:00 Twin Prix
Nie zostałem jednak do końca Justice, bo wyżej wśród moich priorytetów byli jednak Twin Prix, których set przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Chyba tylko sety z marcowej imprezy All In One Night w katowickim Mega Clubie przebiły ten. Nawet zagrali kawałek Whistle Crew Rusko, co było chyba przeczytaniem w myślach jednego z moich życzeń.


Było ciężko, ale wytrzymałem do samego końca, choć ok. godziny 3 ślepia otwarte miałem już jedynie w połowie, a ruchy miałem znacznie spowolnione. Nic to jednak, nie po to czekałem na ten set, żeby robić odwrót. Zmęczony więc, ale cholernie usatysfakcjonowany wróciłem grubo po 4 do namiotu, kończąc bezapelacyjnie mój najlepszy dzień Open'er Festivalu 2012, który prócz Jamiego Woona był perfekcyjny przez duże P.

Trzeci dzień – tradycyjnie, jutro lub pojutrze, bądźcie w pogotowiu.

7 komentarzy:

  1. wow, ale mialem ciary na `we are ur friends`

    kurwa, czemu mi nie powiedziales zeby tam jechac frajerze?

    OdpowiedzUsuń
  2. po raz kolejny czuję mega satysfakcję, że tak Ci cisnąłem Major Lazer jako headlinera festiwalu, widać nie pomyliłem się ani trochę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. piszę Ci już po raz kolejny, że i tak bym na niego poszedł, więc możesz śmiało stonować trochę tę satysfakcję.

      Usuń
    2. ok, nie poszedłeś z mojego polecenia, ale pisałeś o tym bez entuzjazmu, nie znam pójdę i zobaczę, a ja znałem i wiedziałem że będzie mega petarda i najważniejszy występ festu, choć i tak przerosło moje oczekiwania

      Usuń
  3. kjedy bendzie relacja z najleprzego dnia festiwalu (trzeciego)????????

    OdpowiedzUsuń