wtorek, 31 lipca 2012

KRÓTKIE PODSUMOWANIE: Audioriver (Płock, 27-29.07.2012)

Pisałem, że wątpliwa jest relacja z Audiorivera, co w sumie się zgadza, bo notka ta ma charakter bardziej podsumowania niż właśnie relacji. Zrezygnowałem nawet z umieszczenia filmików, które niczym ziarna oddzielone od plew były już wybrane i przygotowane. Skoro jednak posumowanie krótkie, to i długość wpisu krótka.

Płocki Audioriver to mój trzeci  po Open'erze i Tauron Videozone  festiwal muzyczny w te wakacje. Tyle działo się tu naraz, tyle koncertów się pokrywało, że byłem tylko na jednym pełnym, i to w dodatku dzięki przypadkowi. Co jednak najsmutniejsze  nie zobaczyłem ani jednego z czwórki wykonawców, których zobaczyć chciałem przede wszystkim. Ale o tym już poniżej.

Dzień 1:

NeverAfter feat. Mc Bruno (Hybrid Tent) – niczym niewyróżniający się set drumowo-dubstepowy, można było się pobawić, no i właściwie tylko tyle.

Coma live (Main Stage) – byłem tu przez blisko 50 minut, więc właściwie na prawie całym koncercie; wrażenia bardzo pozytywne od samego początku.

Document One live (Hybrid Tent) – przyszedłem tam o 23:20 i przywitał mnie Bangarang Skrillexa. Do pewnego momentu set godny uwagi i wylanego potu, potem już warto było się stamtąd zmyć.

Nicolas Jaar Live in Concert (Main Stage) – mój numer jeden tego dnia, gitara i saksofon na żywo po prostu wymiotły frajerów. Po filmikach na YouTubie stwierdzam, że cały koncert musiał być wybitny.

ATOL (Modeselektor + Marcel Dettmann + Shed) [Circus Tent] – kawał dobrego techna, ale to akurat nie była dla mnie niespodzianka. Szkoda jedynie, że tak krótko tam byłem.

Röyksopp (Main Stage) – spędziłem na nich łącznie pierwsze 15-20 minut, ale jako że był to w sumie headliner festiwalu i do tego słabo ich znam, to może nie będę się zbytnio wypowiadać na temat tego koncertu. Rzec mogę jedynie, że te kilkanaście minut podobało mi się, zdaję sobie jednak sprawę, że oczekiwania dużej części publiczności były zupełnie inne niż to, co dostali.

Na tych w porywach 20 minutach Röyksopp niestety zakończył się mój pierwszy dzień Audiorivera, bo z powodu nieznośnego bólu głowy musiałem przed 2:00 wrócić do namiotu i położyć się spać. Okazało się to trafionym pomysłem, bo po zażyciu mocnego środka przeciwbólowego i przespaniu trzech godzin ból ani trochę nie ustąpił. M.in. ta sytuacja sprawiła, że festiwal nie wyglądał tak, jak miał wyglądać i zdecydowanie daleko mu do bycia wspomnieniem do końca mojego życia. Przepadli mi bowiem przez to Modeselektor, Roni Size i Black Sun Empire, z czym do teraz ciężko mi się pogodzić.

Dzień 2:

Ripperton (Circus Tent) – w sumie dobry set na rozkręcenie wieczoru, jako przedsmak kolejnych występów. 35 minut minęło mi szybko i bezboleśnie

Guillaume & The Coutu Dumonts and The Side Effects live (Main Stage) – najlepszy mój koncert zarówno tego dnia, jak i całego festiwalu. Żywe gitara i saksofon, solidny śpiewak z równie solidną porcją efektów nakładanych na wokal, gitara funkowa i funkowe dźwięki, grane z komputera hammondy, bongosy i pianino – na tym zwyczajnie trzeba było być, żeby móc sobie uzmysłowić magię ów koncertu.

Tommy Four Seven (Circus Tent) – 20 minut, ale 20 minut przestanych w jednym miejscu. Bez obaw mogę powiedzieć: nudy.

Danger (Hybrid Tent) – jedyny koncert, na którym byłem w całości. Powód tego był jednak fatalny – odwołany koncert Skreama, który uzupełniał moje Top4. Występujący w swojej charakterystycznej masce Francuz wyprawiał jednak niesamowite rzeczy i mistrzowsko rozruszał publikę, co choć trochę pozwala zapomnieć o tym rozczarowaniu. Mój drugi najlepszy koncert Audiorivera 2012.

NZ Shapeshifter (Main Stage) – trzy kwadranse pod dużym wrażeniem, szczególnie wtedy, gdy ich granie przypominało trochę występy Pendulum w żywym składzie.

Miałem jeszcze w planach iść na Martyna, ale tak się zagadałem ze znajomą, rozprawiając o ludziach i stosunkach międzyludzkich, że koncert przepadł. Dobrze chociaż, że rozmowa była ciekawa.

Za dużo wykonawców, za mało dni oraz minimum jedna scena za dużo – zobaczenie nawet większości z tego, co się chciało, graniczyło z cudem, i jest to bez wątpienia spory minus festiwalu. Do tego muzycznie wcale nie przeżyłem tego Audiorivera jakoś szczególnie – spodziewałem się stuprocentowego zadowolenia, bo istniała taka szansa, a było co najwyżej dobrze. Wynikło to oczywiście też z nieprzewidzianych sytuacji, no ale jednak. Gdyby nie to, że przyjechałem tam z bliskimi mi znajomymi, to pewnie mógłbym nawet nie myśleć o przyjechaniu nad płocką plażę nad Wisłą za rok. Trzeba jednak wierzyć, że w 2013 będzie lepiej, dużo lepiej.

0 komentarze:

Prześlij komentarz