środa, 25 lipca 2012

ALBUM: Justice - A Cross The Universe


Nie przepadam za koncertówkami. Z ledwością potrafię wymienić sześć, które uwielbiam i do których lubię wracać (Jelonek Przystanek Woodstock 2010Pendulum Live at Brixton AcademyPortishead Roseland NYC LiveMatisyahu Live at Stubb'sHawkwind Space Ritual Volume 2Manu Chao Radio Bemba Sound System). Do tego zacnego grona dołączyła jednak niedawno kolejna pozycja.

Siła wydanego 1,5 roku po  albumu będącego zapisem koncertu w San Francisco z 28 marca 2008 r. tkwi w samplach, które momentami znacznie zmieniają charakter utworów, dając zupełnie nową jakość, oraz remiksach. Właściwie jedynym kawałkiem, który zachował swoją pierwotność jest Genesis (jest jednak dłuższy), a cała reszta brzmi już w mniejszym lub większym stopniu inaczej i zazwyczaj ciekawiej. Np. taki dwuczęściowy Phantom został rozdzielony na trzy części, gdzie w Pt I.5 mamy efektownie przefiltrowany sampel z Aquatic Dance Vangelisa, a Pt II jest remiksem kolektywu Soulwax. Świetnie wypada też rozbity na dwa kawałki utwór D.A.N.C.E., gdzie pierwszy z nich to wersja z próby nagraniowej, a drugi to remix samych autorów A Cross The Universe. Mocnym akcentem jest też Tthhee Ppaarrttyy, które jest dużo cięższe niż w oryginale. Wysoko ocenić trzeba jeszcze Stress jako Auto Remix przechodzący w We Are Your Friends (Reprise) (czyli nic innego, jak remix Simian Never Be Alone, od którego zaczęła się kariera Sprawiedliwości) z samplem z Atlantis To Interzone zespołu Klaxons, a w późniejszym fragmencie kończący się mocnym metalowym akcentem z Ministry Just One Fix, co jest dla mnie najlepszym momentem na płycie. Metalowo jest też w finale – tam pobrzmiewa Master Of Puppets Metalliki. W całej tej mieszance znajdziemy jeszcze sample z m.in. Killing In The Name Rage Against The Machine (Waters Of Nazareth) oraz z kilku remiksów Justice utworów innych wykonawców.

A Cross The Universe daje bez wątpienia dużo radości dzięki temu, że muzycy mieli pomysł na koncert, który potem został uwieczniony na płycie. Gaspard Augé i Xavier de Rosnay nie bali się urozmaiceń i eksperymentów, żeby ich show nie było suchym odtworzeniem albumu. Ma on jednak spory minus – utwory brzmią jak grane na jedno kopyto, ciężko rozróżnić, kiedy się jeden kończy, a drugi zaczyna. A poza tym to z przyjemnością wystawiam mu tytuł mojej płyty miesiąca.

2 komentarze: