czwartek, 14 czerwca 2012

RELACJA: Mama Selita (Katofonia, Katowice, 2.06.2012)

Miało mnie tam nie być. Znajdując informację o koncercie Mamy Selity w moim mieście, ładnie się uśmiechnąłem, jednak zamieniło się to w zmieszanie, gdy doczytałem datę – na ten dzień zaplanowany od jakiegoś czasu miałem już Burn Selector. Kląłem do siebie, że akurat te dwa eventy musiały się nałożyć, tym bardziej, że Mama Selita jest bodaj moim największym tegorocznym odkryciem (a już z pewnością polskim), chwaliłem zresztą na blogu ich debiutancki album tutaj: KLIK!. Jednak plany jak to plany – zmieniają się wraz z biegiem wydarzeń, ostatecznie zatem zameldowałem się tego wieczoru w Katofonii, gdzie ów koncert się odbył.

Dość ciężko jest napisać dłuższą notkę o tak kameralnym występie jednego wykonawcy, gdy w dodatku trudno też znaleźć słabe punkty. Bo to, że koncert zaczął się z 20- lub 30-minutowym opóźnieniem dziwnym nie jest i nie ma sensu się rozwodzić na tą, można by rzec, codziennością.

Po chłopakach z Mamy Selity trzeba było się spodziewać – i należało od nich wymagać – zakazania publice siedzenia czy nawet stania w miejscu przybyłych do Katofonii osób. I to im się udało – mieli na to argumenty. Muzyczne, nie słowne, choć wokalista Igor Seider swoje też zrobił. Nawet przy spokojniejszych Dymie i Dobranoc chciało się choć delikatnie ruszać.

Setlista zawierała wszystko, co znalazło się na wydanym w tym roku krążku, prócz kawałka Czas przeszły. Wraz z bardzo pozytywnym utworem o afro, coverem Can't Stop Red Hot Chili Peppers, freestylem z ekipą Pomau, muzycznymi improwizacjami oraz Brudnymi bombami na bisie wyszła grubo ponad godzina grania. Bez słabych momentów, co trzeba dodać. Nie zabrakło niczego, co powinno być i co powinno się było wtedy przeżyć.

Koncert koncertem, jednak klimat wokół niego wytworzył też sam klub, który coraz bardziej doceniam i który buduje atmosferę swoistych kameralnych spotkań publiczności z grającymi muzykami. A chłopaki z Mamy mają grać 13 lipca w Rybniku, chyba aż dodam to wydarzenie do mojego kalendarza eventów.

3 komentarze:

  1. Pisałeś na tym blogu, że karnet na Burn'a wygrała godna go osoba. Jeżeli zamieniłeś Burakę (i nie tylko ale głównie) na skądinąd dobrą ale polską i jak widać grającą niedługo znowu w okolicy Mamę Selitę to jednak pozwolę sobię napisać, że nie byłeś godny tego karnetu i go zmarnowałeś. Ale łatwo przyszło, łatwo poszło ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. masz rację, ale napisałem też, że plany się zmieniają wraz z biegiem wydarzeń, a skoro moje plany spowodowane pewnymi sprawami skłoniły mnie ku Mamie Selicie, to znaczy, że godne było, żebym się jednak tam wybrał, i w to żaden czytelnik bloga nie powinien wątpić ani przez chwilę.

    OdpowiedzUsuń
  3. no i widzisz, opisywałeś tamten album i nie wrzuciłeś żadnego linka, to i nie sprawdziłem. teraz jakbyś nie dodał boldem MES, to też bym nie sprawdził. z Mesem niewiele widze analogii, ale dojebane mają te kawałki, czegoś takiego mi brakuje jak w aucie jade. ale do radia to oni sie chyba nie dostaną...

    OdpowiedzUsuń