poniedziałek, 7 maja 2012

ALBUM: Fisz Emade - Zwierzę bez nogi


Nie mogłem się oprzeć napisaniu czegoś o tym albumie. Nie dlatego, że jest wybitny i że warto go polecić – do ideału mu wyjątkowo daleko, choć są oczywiście momenty, których słucha się z przyjemnością i uwagą. Kwestia bardziej tego, że nazbierało mi się trochę wniosków przy słuchaniu tegoż.

Na Zwierzę bez nogi ani nie czekałem, ani nie oczekiwałem po nim zbyt wiele. Przestałem być już jakiś czas temu targetem (takie modne słowo teraz) braci Waglewskich, a, muszę przyznać, swego czasu byłem wielkim fanem Heavi metalu i Piątku 13, jak i też wcześniejszych produkcji. Nowa płyta jednak wcale mnie nie skłoniła do wrócenia na tę ścieżkę, bo mam wobec niej mieszane uczucia.

Najbardziej razi w niej to, że wszystkie teksty są o tym samym. "Ja jestem pan Fisz, ten za mikrofonem, to jest pan Emade, który wali w werbel, jesteśmy tacy i tacy, robimy to i to" – na takim motywie oparty jest cały album. Ewentualnie Fisz dorzuci coś o DJ-u Epromie. Poziom tekstów też nie jest wybitny, Fisz zanotował obniżkę formy i jest gorzej przyswajalny niż na Piątku 13 czy choćby na Heavi metalu. Znużony byłem już po przesłuchaniu kilku utworów. W odbiorze tekstów nie pomaga też to, jak płyta została zmasterowana – wokal jest zazwyczaj za cicho w stosunku do muzyki, ścieżki z wokalem Fisza (i Emade, o czym później) zostały solidnie owtyczkowane, z trudem więc przychodzi uchwycenie wszystkich słów.

Muzycznie za to jest świetnie – czuć klimat, jakbyśmy cofnęli się w czasie o 20 lat. Wrażenie robią szczególnie bity ze sporą ilością gitar. Właściwie jedyne, do czego można się przyczepić, to podkład z utworu 1978, nijak pasujący do całości, oraz trzy remiksy, które, mam wrażenie, wrzucone tu zostały na siłę, a nie musiały, bo bez nich płyta miałaby i tak solidną liczbę 16 numerów.

Świetną decyzją okazało się przygarnięcie DJ Eproma jako współautora muzyki wraz z Emade, który do tej pory działał raczej w pojedynkę. Wspólny pogląd na powrót do złotej ery hip-hopu z lat 90. wyszedł tej płycie na dobre, prócz tego miło usłyszeć skrecze na płycie Waglewskich.

Najciekawszymi smaczkami na płycie są utwory 2MC i Tak to robimy. Pierwszy z nich dlatego, że słyszymy tam rapującego Emade. Sam powód chwycenia przez niego mikrofonu jest wart uwagi, mimo że młodszy z braci pluje się i na żywo pewnie by się udusił, próbując zarapować swoją część. Prócz tego nie wiem, co miała na celu jego linijka o zjadaniu słabych MC, patrząc na jego poziom rapu. Być może była to niezobowiązująca ironia, jeśli tak, to jednak bardzo słaba. Mimo tego wszystkiego utwór jest jednak jednym z lepszych, duży plus za potężne bębny z Billy'ego Squiera.

Drugi utwór, Tak to robimy, dlatego zaś przyciąga uwagę, bo jest dub-reggae'owy. Jest to oczywiście największe zaskoczenie tej płyty, bo ciężko było się spodziewać takiego eksperymentu, ale wyszedł on udanie w stu procentach – głównodowodzące trio wzorowo poczuło klimat jamajskiego dubu z lat 70. i dostosowało go do swoich potrzeb. Gdybym nie wiedział nic o tym numerze, to pomyślałbym w pierwszej chwili, że jest to blend, a nie ich samodzielne twór. Zdecydowanie mój nr 1 ze Zwierza.

Co prawda doceniam ten album coraz bardziej z każdym przesłuchaniem, ale to wciąż za mało, żebym mógł go każdemu polecić. Nie to na celu miało zresztą napisanie notki – nie piszę tylko o tym, co mnie urzekło i zrobiło mnie wrażenie. Fani tego duetu i tak sprawdzą to wydawnictwo, reszta może, ale nie musi – cudów tu nie uświadczycie.

0 komentarze:

Prześlij komentarz