poniedziałek, 12 marca 2012

RELACJA: Selah Sue (Klub Eter, Wrocław, 8.03.2012)

Bilety wyprzedane na 3 tygodnie przed koncertem, następnie wysyp ogłoszeń będących desperackimi próbami zdobycia wejściówek, a efekt oczywisty – klub po brzegi wypełniony szczęśliwcami z biletem w kieszeni. Bo czy przyjazd Selah Sue do Polski mógł przejść bez echa?

Spóźniłem się, cholera. Przed koncertem na spokojnie zaszedłem jeszcze do mieszczącego się w Galerii Dominikańskiej McDonalds'a na kanapkę i dużą kawę, a do klubu przybyłem ok. 19:15, będąc pewnym, że minie jeszcze z dobre 15 minut, zanim koncert się zacznie. Pomyliłem się srogo. Ominęły mnie trzy utwory – cover Adele, Daydream (mała strata), Mommy (większa) oraz Just Because I Do (największa). Trafiłem dopiero na nieznajdujące się na żadnym z wydawnictw Famous, po którym Selah zaserwowała trzy bomby pod rząd – Black Part Love, This World i Fyah Fyah. Ten kilkunastominutowy fragment był bez wątpienia kulminacyjnym punktem koncertu, szczególnie podczas drugiego z tych utworów – co nie powinno być zaskoczeniem – publika była najbardziej poruszona. Po Fyah Fyah zacząłem już tylko myśleć o Raggamuffin (mając ogromną nadzieję, że jednak mnie nie ominęło na początku), które było najbardziej oczekiwanym przeze mnie utworem. No i na szczęście się doczekałem – Selah z zespołem zagrała jeszcze Break (za którym średnio przepadam) oraz Please (na albumie w duecie z Cee Lo Greenem, na żywo wypadło dość ciekawie), po czym nadeszła chwila tylko dla mnie. Która trochę mnie, niestety, zawiodła. Zabrakło mi w Raggamuffin tej pięknej chrypki, którą w pewnych fragmentach Selah tak eksponuje i którą miałem nadzieję usłyszeć. Poza tym utwór wypadł dobrze, warto też nadmienić, że Belgijka zamieniła w pierwszej zwrotce Paris na Wroclove, co spowodowało wszechogarniającą radość w Eterze. Następnie był fantastyczny soulowy przerywnik, podczas którego wokalistka m.in. przedstawiła swój skład koncertowy. Przed zejściem i bisem można było usłyszeć jeszcze okazale brzmiące Peace Of Mind, Crazy Vibes i Crazy Sufferin Style. To łącznie dało nam 14 utworów, a doszły do tego jeszcze dwa na bisie – niepodobający mi się Summertime oraz nowy kawałek z nadchodzącego wydawnictwa, dubstepowy Every Now And Then, co nie tylko dla mnie, ale podejrzewam, że dla wielu osób, było znakomitym i energicznym zamknięciem koncertu.

Było oczywiście akustycznie, ale było też mocno rockowo, co mi się niezwykle podobało. Belgijka miała dobry kontakt z publicznością, co też trzeba zaliczyć na plus. Parafrazując klasyka – kawał dobrego koncertu, choć muszę wziąć poprawkę na to, że moje oczekiwania były chyba zbyt wysokie i pewnie nie zapamiętam tego eventu jakoś szczególnie. Ale, z drugiej strony, koncert tak mi szybko zleciał, że miałem wrażenie, jakbym był w klubie ledwie kilkanaście minut. A to chyba dobrze o nim świadczy.

Swoją drogą, pisałem kiedyś o mej ciekawości tym, czy koncert Selah Sue okaże się lepszy od listopadowego koncertu Nneki. Nie okazał się. Absolutnie nie. Ale na szczęście nie musiał.

0 komentarze:

Prześlij komentarz