sobota, 3 grudnia 2011

RELACJA: One Love Sound Fest 2011 (Hala Stulecia, Wrocław, 26.11.2011)


Oto i jest! Miała być w poniedziałek, ale nastąpiła lekka obsuwa. Nie ostatnia pewnie. Mając streścić festiwal w dwóch słowach: było świetnie. Mając streścić festiwal w trzech słowach: było naprawdę świetnie.

Dzień nie zaczął się szczególnie udanie, bo zaspałem. Nie dziwota – położyłem się spać dopiero ok. 4. Nie zaspałem jednak na pociąg; na ten miałem jeszcze trochę czasu w rezerwie, czasu zabrakło mi na to, żeby w miarę spokojnie napić się przed wyjściem mocnej kawy; nie miałem go nawet na kupienie kawy w McDonalds'ie. Na szczęście później było już tylko lepiej.

Po przyjeździe mieliśmy iść do jakiejś knajpy na piwo i jedzenie, skończyło się na KFC (w którym pierwszym krokiem było, rzecz jasna, zamówienie kawy) i kupieniu piwa w markecie, coby je potem wypić gdzieś niedaleko Hali Stulecia. Znaleźliśmy więc miejsce przy ławeczce w parku będącym w linii prostej od Hali, gdzie szczęście nade mną czuwało, bo policja przyjechała może minutę czy dwie po tym, jak skończyłem pić wyborną Perłę Chmielową. Mogę czuć się uradowany tym, że rzuciłem palenie, inaczej ani chybi piłbym piwo o wiele dłużej i różnie mogłoby się skończyć. Reszta ekipy jakoś wybrnęła z tej niespodziewanej wizyty, więc w dobrych nastrojach mogliśmy się całą ósemką udać do wejścia.

A wejść musieliśmy naprawdę późno, bo zaskakująco mała była kolejka zarówno do Hali, po żetony do szatni, jak i do samej szatni. Trwało to wszystko może maksymalnie 15 minut, podczas gdy rok temu było to 40-50 minut.

Scena główna:
Najsampierw na głównej scenie grał Mesajah, na którego nie zdążyłem, bynajmniej nie było i nie jest mi z tego powodu przykro. Nie musiałem też zdążyć na StarGuardMuffin, choć siłą rzeczy mi się to udało, bo było dziwne opóźnienie w stosunku do rozkładu, i zaczęli grać niekrótko przed tym, gdy planowo miała zacząć Etana. Przeszedłem się nawet z ciekawości ich zobaczyć. I cóż ja mogę o nich powiedzieć... takie pitu pitu reggae'owe, nie widzę sensu, żeby się nad tym bardziej rozwodzić. Obejrzałem ich może z 20 minut, choć równie dobrze bez tych 20 minut by się obeszło. Później poziom już tylko wzrastał, a po młodzieńcach z SGM nastała wspomniana już Etana, która zgodnie z moimi przewidywaniami, na żywo z bandem, to już zupełnie inne brzmienie niż na albumach, które dla mnie są niestrawne. Były nawet dwa z trzech kawałków, które mi się podobają. Poprawny koncert, trudno było o jakiś szczególny zachwyt.

Na Dub Incorporation czekałem zdecydowanie najbardziej (o czym zresztą już wcześniej pisałem), i nie zawiodłem się. Było utwory, które chciałem usłyszeć (przede wszystkim Rudeboy), była energia, był też wyśmienity kontakt z publicznością. Do tego wokaliści o mocno kontrastujących głosach wzorowo się uzupełniają, co jest jedną z sił napędowych tej kapeli i co potwierdziło się w stu procentach na żywo. Byłby to najlepszy w mojej ocenie koncert, gdyby nie to, że...

...Alborosie ukradł im cały show. Czytam w sieci komentarze, że jego występ był kiepski, poniżej oczekiwań, że był wręcz klapą itd. Dla mnie był to zdecydowanie najlepszy koncert tego wieczoru i będę w tej kwestii Alberta bronić. Podczas jego gigu w żadnym momencie nie czułem się znużony (co zdarzyło się na Dub Inc.), emocje nie opadały ani na moment. Wystarczyło 15 minut, żebym praktycznie zapomniał o tym, że Francuzi przed chwilą grali. Wielkie słowa uznania dla Shengen Clanu, bez których koncert by nie istniał – wiedzą oni, co znaczą prawdziwe przejścia i zmiany tempa. Koncert też utwierdził mnie w tym, że Włoch ma naprawdę kapitalny głos. Dodatkowym smaczkiem, który mnie urzekł, był przerywnik w postaci zagrania i zaśpiewania przez klawiszowca Tu vuò fa' l'americano.

Na koniec był Pablo Moses. Nie wiem czy to przez to, że byłem już trochę zmęczony po wcześniejszych koncertach czy przez to, że cały czas miałem jeszcze w głowie Alborosiego, ale koncert był dla mnie zupełnie przeciętny. Prócz problemów technicznych na początku oraz saksofonu w jednym utworze nie zapamiętałem z niego kompletnie nic. Nic mnie nie zaskoczyło, stałem cały koncert z założonymi rękami i nawet się nie ruszałem w rytm muzyki. Nie mogę jednak powiedzieć, że ten koncert był porażką (vide Lee "Scratch" Perry sprzed roku), ale jak dla mnie mogłoby go równie dobrze nie być.

Scena soundsystemowa:
Zbyt wiele nie mogę o niej napisać z racji tego, że byłem tam jedynie na parę chwil poszczególnych ekip występujących. Na Dancehall Masak-Rah nie byłem chyba nawet w ogóle. Z tych paru chwil jednak muszę wyróżnić Reggae Roast i Ghetto Priesta, którzy jako jedyni zwrócili moją szczególną uwagę.

Miłym akcentem dopełniającym całość było dla mnie stoisko Zimy z płytami, którym nigdy nie potrafię się oprzeć. Było kilka interesujących tytułów, a po długim namyśle stwierdziłem, że kupię sobie któryś z dwóch albumów Hornsman Coyote'a. Nie umiałem się jednak zdecydować który, więc... wziąłem oba. Leżą jednak dalej w folii, ciągle mam co innego do słuchania.

Nie podejmuję się oceny tegorocznego One Love w porównaniu do dwóch poprzednich, na których byłem. Poziomem był do nich zbliżony i ciężko mi powiedzieć, czy lepszy czy gorszy. Jedyne, co mogę napisać to to, iż mam nadzieję, że za rok ponownie nic mi nie wypadnie i będę kontynuował serię wrocławsko-jamajskich wojaży.

3 komentarze:

  1. Panie Sajklon, a będzie relacja z jutrzejszego koncertu Rihanny?

    OdpowiedzUsuń
  2. CO!? koncert Rihanny i ja się o tym dopiero teraz dowiaduję? JADĘ TAM

    OdpowiedzUsuń
  3. tylko tak co się nie spóźnisz na ten pociąg do Łodzi...

    m.

    OdpowiedzUsuń