poniedziałek, 5 grudnia 2011

PODSUMOWANIE TYGODNIA

Dziś podsumowanie trochę później niż zwykle, ale będzie też kapkę większe i bardziej rozbudowane od poprzednich, bo i jest o czym napisać.

Wykonawcy tygodnia:
London Elektricity – jego drumy urzekły mnie jak mało co w ostatnim czasie, a kolejne utwory to po prostu petarda za petardą. Szczególnie muszę tu wyróżnić albumy Yikes! i Power Ballads – różniące się melodyjnie dość znacznie, ale tyle je katowałem, że nie sprawdziłem nawet jeszcze trzech pierwszych płyt LE. Na tym właściwie mógłbym poprzestać, bo konkurencji nie miał on żadnej (gdyby przez ten czas działał mi Last.fm, pewnie zdziwiłbym się ilością odsłuchań), ale wymienię jeszcze...
Hammerfall – nie śmiejcie się, naprawdę ich słuchałem. I to na tyle, że mogli znaleźli się w tym zestawieniu jako drudzy. Tak, wiem, że jest to zespół dla krasnoludów, rycerzy, elfów, druidów i kogo tam jeszcze, i że należy do nieoficjalnego gatunku nazywanego gay metalem (co zawsze powoduje uśmiech na mojej twarzy), ale stało się tak dlatego, że postanowiłem jeszcze raz posłuchać przed wystawieniem na Allegro albumu Glory To The Brave. I słuchałem go jeszcze wiele razy. Na aukcję nie wystawiłem, płyta się uratowała. Pewne rzeczy jednak nie mijają; kupiłem tę płytę jeszcze na początku czasów licealnych, i wiem nawet dlaczego - bo po prostu mi się podoba.
Moonsorrow – no, wymienię jeszcze ich, coby była trójka miejsc medalowych. Tych fińskich folk/pagan metalowców lubię już od czasów wczesnego liceum, czasem sobie nawet ich posłucham, ostatnio jednak postanowiłem przypomnieć sobie ich na dobre w związku ze zbliżającym się koncertem w Krakowie, na którym i tak nie będę, ale to nie jest tu istotne. Uwielbiam ich.

W minionym tygodniu zaliczyłem również sympatyczny koncert krakowskiego floydowego tribute bandu, Another Pink Floyd, który odbył się w piątek w chorzowskiej Leśniczówce (i wygrał koniec końców z Tede, o dylemacie z tym związanym pisałem TU). Ich muzyczne przygotowanie do grania utworów brytyjskich mistrzów naprawdę trzeba pochwalić – położyli oni nawet nacisk na wierne używanie tych samych sampli, co na płytach Floydów, co sprawiło, że bardzo przyjemnie było posłuchać tych wszystkich utworów w wersji żywej. W dodatku setlista była wręcz ułożona pode mnie, bo był – chyba nawet cały – album Dark Side Of The Moon, było Wish You Were Here, Comfortably Numb, Another Brick In The Wall (które, o dziwo, w końcu polubiłem, a zawsze wręcz się we mnie gotowało, jak słyszałem ten utwór) czy Echoes.

Następnego dnia miał być punkt kulminacyjny całego tygodnia, czyli wyjazd na London Elektricity do Wrocławia, jednak nie wypaliło to, czego nie mogę odżałować do teraz. Dlatego to wszystko, co o tym napiszę, szkoda więcej o tym myśleć.

0 komentarze:

Prześlij komentarz