czwartek, 17 listopada 2011

CO MNIE OMINIE: Zion Train (1500 m2 do wynajęcia, Warszawa, 19.11.2011)

Wpis ten miał być w dziale CO MNIE CZEKA, jednak z wielkim bólem muszę go umieścić w tym, który widnieje w nazwie. Złapałem niestety paskudnego i nieprzyjemnego wirusa, mój stan póki co nie poprawia się za bardzo, nie ma więc szans, żebym się wyleczył do soboty i był w stanie tłuc się do Warszawy.

Najgorsze w tym jest chyba to, że kupiłem już bilet. Bilet kupił też Karol Bez Fejsa, który miał ze mną jechać, za moją namową zresztą, a sam niekoniecznie będzie chętny. Szukamy właśnie gorączkowo wyjścia z tej sytuacji, zobaczymy, jak się to rozwinie.

Nie mniej gorsze jest też to, że od jakiegoś czasu intensywnie wyczekiwałem tego koncertu. Właściwie rzadko chodzę na koncerty sam, tak daleko jednak jechałem sam na koncert do tej pory chyba tylko raz, do Wrocławia na Dub FX'a. Początkowo miałem zrobić to samo w przypadku Zionów, gdybym nie miał kompana, ten się jednak znalazł, co, jak widać, może okazać się nieprzewidzianym kłopotem.

Wyczekiwałem nie jednak z powodu nowego albumu, który będą promować, bo mimo że jest dobry, to dupy nie urywa tak jak Live As One, który jest dla mnie na samym szczycie electro dubu. Wyczekiwałem go mając w pamięci jedyny mój do tej pory koncert Zion Train w Katowicach sprzed dwóch lat, jak i też całą resztę dubowych koncertów, na których byłem, i na których atmosfera jest nieopisywalna.

Pocieszam się jednak tym, że odwiedzanie przez nich Polski nie jest niczym niezwykłym, w związku z czym jestem pewien, że jeszcze kiedyś na nich pójdę.

0 komentarze:

Prześlij komentarz